Siedząc w ogniu

Na seminarium Garego Reissa dotyczące konfliktu trafiłam właściwie przypadkiem. Od jakiegoś czasu interesowała mnie psychologia procesu i rozglądałam się na czymś, co pomogłoby mi bezpośrednio doświadczyć tej metody pracy z ludźmi.

Dosłownie kilka dni wcześniej wpadła mi w ręce elektroniczna wersja książki Arnolda Mindella, twórcy psychologii procesu, pt. „Siedząc w ogniu”. Książka dotyczyła pracy z organizacjami i społecznościami, czyli gałęzi psychologii procesu zwanej „pracą ze światem” (ang. world work). Lektura wzbudziła we mnie bardzo silne emocje – wzruszenie i ekscytację, obudziła też na nowo nieco uśpiony idealizm czyli przekonanie, że każdy ma jakiś (choćby minimalny) wpływ na ten świat i że naszym obowiązkiem jest dążenie do tego, żeby na świecie było w jakimś sensie lepiej.
W „Siedząc w ogniu” Arnold Mindell pisze:

„Za najtrudniejszymi problemami świata kryją się ludzie – grupy ludzi, którzy nie potrafią ze sobą współżyć, którzy się ze sobą nie zgadzają. Można winić przestępczość, wojnę, narkotyki, chciwość, biedę, kapitalizm albo zbiorową nieświadomość. A w gruncie rzeczy to po prostu ludzie są sprawcami naszych kłopotów.

Moi nauczyciele mówili mi, abym unikał dużych grup, ponieważ są nieposłuszne i niebezpieczne. Twierdzili, że można pracować tylko z małymi grupami, gdzie panuje porządek i przestrzega się zasad. Ale świat nie składa się z potulnych małych grup. Zmuszanie do przestrzegania prawa i porządku nie może być jedynym sposobem rozwiązywania problemów.

Wielu z nas wzdraga się na samo wspomnienie przemocy. Domagamy się spokojnego, łagodnego zachowania: ustawcie się ładnie, w równym rzędzie. Stosujcie się do zasad społecznego współżycia. Kilka osób nie może mówić jednocześnie. Dokończ jeden temat, zanim przejdziesz do następnego.

Jednak domaganie się porządku nie powstrzyma rozruchów, wojen ani nie zredukuje problemów świata. Może nawet rozdmuchiwać ogień grupowego chaosu. Jeśli nie przyznajemy wrogości racji istnienia, musi ona obierać nielegalne drogi ujścia.

Ta książka pokazuje, że angażowanie się w gorące konflikty, a nie uciekanie od nich jest jedną z najlepszych metod radzenia sobie z podziałami i rozłamami, jakie istnieją wszędzie – w prywatnych relacjach, biznesie i na całym świecie”.

Jako uczennica i studentka byłam znacznie bardziej zaangażowana społecznie – pracowałam jako wolontariusz w świetlicy socjoterapeutycznej, prowadziłam warsztaty w ośrodku wychowawczo-opiekuńczym, współpracowałam też z fundacją wspierającą dialog polsko-żydowski. Potem skoncentrowałam się bardziej na własnym rozwoju i kwestia „pracy ze światem” zeszła na dalszy plan. Aż do ostatnich tygodni, kiedy najpierw przeczytałam „Siedząc w ogniu” a potem trafiłam na seminarium Garego Reissa i znowu poczułam silną potrzebę, żeby robić coś (nawet bardzo małego) nie tylko dla siebie, ale również dla innych.

Gary Reiss to niesamowita postać. Drobny, uśmiechnięty Amerykanin pochodzenia żydowskiego, jeden z współtwórców ośrodka psychologii procesu w Portland. Terapeuta i facylitator, od ponad 30 lat zaangażowany jest w pracę z konfliktem. To człowiek, który nie boi się doprowadzić do spotkania przedstawicieli dwóch walczących państw, zwykłych ludzi – nie dyplomatów i ministrów – i doprowadzić do tego, że po wielu godzinach osoby, które były przepełnione żalem i nienawiścią, były w stanie nie tylko przebywać w jednym pomieszczeniu, ale nawet obejmować się i tańczyć.

Większość ludzi pewnie jest zdania, że nie warto nawet próbować bo i tak nic trwałego z tego nie wyniknie. Gary Reiss, i ja również, jest innego zdania. Na czym polega magia Garego Reissa? Chyba na tym, że potrafi zamienić spotkanie osób o określonym pochodzeniu społecznym, narodowym, religijnym, ekonomicznym na spotkanie zwykłych ludzkich istot, które mają podobne pragnienia, obawy i marzenia.

Taka postawa jest mocno idealistyczna, ale gdyby na świecie nie było idealistów to prawdopodobnie wciąż mieszkalibyśmy na drzewach i żywili się bananami. Musiał się pojawić ktoś, kto odważył się na spróbowanie czegoś nowego, nawet kiedy wszyscy powtarzali, że to nie ma sensu, bo przecież „nasi dziadowie żyli na drzewach, my żyjemy na drzewach i nasze dzieci również powinny żyć na drzewach, bo już taki jest porządek świata”.

W naszej kulturze istnieje przekonanie, że konflikt jest czymś złym i niebezpiecznym, że należy dążyć do całkowitej eliminacji negatywnych emocji. Skrajnym wyrazem tej filozofii jest strategia poprawności politycznej, która dąży do usunięcia z publicznego języka wszelkich słów związanych z dyskryminacją. Wizja świata ludzkich relacji bez konfliktów wydaje się być utopią. Zamykanie oczu na konflikt nie doprowadzi do tego, że konflikty znikną. Wręcz przeciwnie, niewyrażona agresja może być tak samo niebezpieczna.

Co więcej, być może konflikty wcale nie powinny znikać. Na konflikt można popatrzeć jak na bardzo istotny komunikat, który może być punktem wyjścia do rewolucyjnych zmian, które okażą się korzystne dla wszystkich. Dlaczego zazwyczaj tak nie jest? Ponieważ pozostajemy w pierwszej fazie konfliktu, kiedy zwaśnione strony wykrzykują swoje argumenty, nie będąc w stanie w żaden sposób usłyszeć drugiej osoby. Nie mamy wtedy do czynienia z komunikacją, pojmowaną jako wymianę uczuć i poglądów, ale z dwoma równoczesnymi i bardzo często agresywnymi monologami.
Kolejny problem polega na tym, że konflikt zazwyczaj ma co najmniej dwa poziomy. Mówiąc językiem psychologii procesu – poziomy pierwotny i wtórny. Poziom pierwotny to jego „oficjalna” wersja. Para może na przykład mieć konflikt dotyczący zmywania naczyń (poziom pierwotny), a w procesie wtórnym może być zupełnie coś innego – pytanie: czy mnie jeszcze kochasz? Czy dom jest dla ciebie ważny? Kto z nas ma większą władzę w związku? Dlaczego przestaliśmy rozmawiać o tym co jest dla nas naprawdę ważne? Bardzo często jest tak, że komunikaty z poziomu wtórnego w ogóle nie są wypowiadane, a zdawało by się banalny problem, taki jak zmywanie naczyń, może skończyć się w skrajnym przypadku pozwem rozwodowym!

O konfliktach można by pisać jeszcze bardzo długo. Na pewno powrócę jeszcze do tej problematyki na łamach „Gazety Ubezpieczeniowej”. Seminarium Garego Reissa przypomniało mi o tym, że zajmowanie się rzeczami niemożliwymi i niewykonalnymi też może być sposobem na życie.

4 uwagi do wpisu “Siedząc w ogniu

  1. Nie czytałam książki „Siedząc w ogniu”, zapewne nie spotkam pana G. Reissa, ale zawsze wiedziałam, że trzeba pracować z innymi i dla innych. To sprawia radość i zadowolenie.
    Moje gratulacje.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s