Niedzieli ciąg dalszy

Ulewny deszcz. Plecy bolą. Skończyłam pierwszy tom „Dzienników” Dąbrowskiej, a pozostałe czekają w Warszawie. Nie mam już wymówek i zabieram się do pracy (przepisywanie wywiadu). Za oknem śpiew ptaków. Brzoza i ciężkie chmury. Myślę o Marii Dąbrowskiej, którą poznałam za pośrednictwem osobistych zapisków. Trudna kobieta. W sumie lepsza trudna, niż łatwa.

Niedziela

z kwiatkamiNiedziela. Najpierw włoskie lody w kawiarni, potem teściowa do kościoła, a ja na spacer z Emilką. Zbierałyśmy polne kwiatki, układając bukiecik dla babci. Tłumaczyłam Emilce: to jaskier, a to haber, a to stokrotka. Tutaj rośnie pszenica, a tu chmiel wspina się na tyczkach. Tutaj kapusta, tu kukurydza, a tu ziemniaki. Mam nadzieję, że nieczego nie pokręciłam, bo przyrodnik ze mnie mizerny. Ale jednak coś się nagle zaczęło przypominać z tego, co mi samej opowiadał dziadek („chłopak ze wsi”), kiedy ledwo sięgałam mu do pasa.