Stalowe ramiona

Były wiele lat. A teraz ich nie ma. Mówię o gulach zbitych mięśni na ramionach. Sztywne, bolesne i zmieniające sylwetkę. Jeszcze dwa miesiące temu były z całą pewnością. Po całodziennym warsztacie tańca czułam się, jakby mi czołg po plecach przejechał. Znajomy poradził, żebym spróbowała to napięcie „przetańczyć” i w tańcu szczególną uwagę zwracała na ramiona. Ale jak tańczyć ramionami? Dla osoby spiętej w tym rejonie to szczególnie trudne wyzwanie! Próbowałam jednak jak umiałam. To napięcie w ramionach traktowałam jako „balast”, ważną przeszkodę dla dalszego rozwoju. I tańczyłam. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień było coraz lepiej. Coś powolutku, niezauważalnie topniało. Aż do wczorajszego masażu Lomi Lomi. Efekty poczułam dopiero następnego dnia. Dotykam ramienia… a tam jakoś dziwnie miękko i delikatnie. Nie ma. Nie ma moich kamiennych stalowych ramion, które uważały, że wszystko i wszystkich uniosą.

Zdarzenie ubezpieczeniowe i „radzenie sobie”

W ubezpieczeniach majątkowych są szkody, które się likwiduje. W życiowych są „zdarzenia” z którymi nie wiadomo co się robi. Niestety w wielu przypadkach niewiele zostaje do zrobienia. Listopad okazał się takim miesiącem zdarzeń ubezpieczeniowych. Zaczęło się od rzeczywistej lub urojonej epidemii świńskiej grypy. Zachorowali rodzice mojej przyjaciółki. Grypa wydawała się zwykła, wcale nie świńska. Ale mamie jakoś się nie poprawiało.

Po kilku dniach trafiła do szpitala. Zdiagnozowano sepsę, zapalenie płuc. Zaburzenia funkcjonowania nerek i wątroby. Utrata przytomności, respirator. Walka o każdy oddech, o życie. Ot, zdarzenie ubezpieczeniowe. Pytam przyjaciółki, czy mama jest ubezpieczona? Raczej nie, chociaż nie wiadomo. Tylko ona to wie. Pierwszy wniosek: rodzina powinna wiedzieć, czy i gdzie jesteśmy ubezpieczeni. Powinna mieć numer agenta ubezpieczeniowego, który pomoże zorientować się w sytuacji. Czytaj dalej