Zdarzenie ubezpieczeniowe i „radzenie sobie”

W ubezpieczeniach majątkowych są szkody, które się likwiduje. W życiowych są „zdarzenia” z którymi nie wiadomo co się robi. Niestety w wielu przypadkach niewiele zostaje do zrobienia. Listopad okazał się takim miesiącem zdarzeń ubezpieczeniowych. Zaczęło się od rzeczywistej lub urojonej epidemii świńskiej grypy. Zachorowali rodzice mojej przyjaciółki. Grypa wydawała się zwykła, wcale nie świńska. Ale mamie jakoś się nie poprawiało.

Po kilku dniach trafiła do szpitala. Zdiagnozowano sepsę, zapalenie płuc. Zaburzenia funkcjonowania nerek i wątroby. Utrata przytomności, respirator. Walka o każdy oddech, o życie. Ot, zdarzenie ubezpieczeniowe. Pytam przyjaciółki, czy mama jest ubezpieczona? Raczej nie, chociaż nie wiadomo. Tylko ona to wie. Pierwszy wniosek: rodzina powinna wiedzieć, czy i gdzie jesteśmy ubezpieczeni. Powinna mieć numer agenta ubezpieczeniowego, który pomoże zorientować się w sytuacji.

Mniej więcej w tym samym czasie do szpitala trafił trzyletni synek mojej drugiej przyjaciółki. 41 stopni gorączki, obkładanie lodem, brak diagnozy. Kolejne antybiotyki, efektów – brak. Gdzie jest mama chorego dziecka? Dzień i noc przy szpitalnym łóżku. Miejsce do spania – podłoga. Nie trzeba dodawać, że taka matka nie może jednocześnie chodzić na 8 godzin do pracy, a jej przełożony nie szaleje z radości z tego powodu. Kolejne zdarzenie ubezpieczeniowe. Tym razem nawet nie pytałam, czy przyjaciółka była ubezpieczona, bo wiem że nie była, podobnie jak pozostałe 7 matek w 8-osobowej sali, na której leży Mateusz i prawdopodobnie większość matek w Polsce.

Na klatce schodowej spotykam moją sąsiadkę, 22-letnią studentkę. Chcę pochwalić jej nową fryzurę, ale na szczęście powstrzymuję się na czas. To żadna „nowa fryzura” tylko nowa peruka. Dziewczyna przechodzi chemioterapię w związku z nowotworem węzłów chłonnych. Uśmiechnięta, radosna, bardzo łatwo zapomnieć, że zmaga się z ciężką chorobą. Po kilku dniach spotykam ją już bez peruki. Wygląda krucho i pięknie zarazem. Pytam jak się czuje. Jestem już na półmetku! – mówi. Czyli zostało jeszcze 6 zabiegów chemioterapii.

I tak namnożyło się tych „zdarzeń ubezpieczeniowych”.

Do mojej nowej karty kredytowej jest dołączony pakiet medyczny. W razie „zdarzenia ubezpieczeniowego” ubezpieczyciel może zapewnić poszkodowanemu pomoc psychologiczną. Z moich obserwacji wynika, że zarówno chorzy, jak i ich rodzina bardzo potrzebują wsparcia psychicznego, a niestety nasze szpitale niczego takiego nie oferują. Z cierpieniem i ogromnym stresem trzeba radzić sobie samemu. W sumie co tu się dziwić, skoro szpital często nie jest w stanie zapewnić pacjentowi zjadliwego posiłku, a matce chorego dziecka nawet łóżka polowego czy dmuchanego materaca, to co tu mówić o pomocy psychologicznej? Mam nadzieję, że nastąpi jednak taki moment, gdzie normą będzie, że zarówno pacjent, jak i jego najbliżsi będą razem z lekami otrzymywali informacje o tym gdzie i w jaki sposób mogą uzyskać wsparcie. Nie muszą z tego korzystać, ale powinni mieć chociaż taką możliwość.

Kolejny wniosek jest taki, żeby nie odkładać pewnych rzeczy na „kiedyś”. Dbać o siebie trzeba już dzisiaj, nawet kiedy życie (i „zdarzenia ubezpieczeniowe”) tego nie ułatwiają. Im w trudniejszej sytuacji się znajdujemy, tym większa jest potrzeba uważności i odpoczynku psychicznego. Tymczasem praktyka jest taka, że osoby zmagające się z różnymi nieszczęściami robią najczęściej wszystko, poza dbaniem o siebie. Nie dojadają, nie dosypiają, nie znajdują nawet chwili na odpoczynek. Innymi słowy „radzą sobie”. Czasem mi się wydaje, że przydałyby się jakieś kursy z „nieradzenia sobie”.

W ramach dbania o siebie kupiłam sobie ostatnio futrzasty termofor, który towarzyszy mi w wieczornych godzinach pracy. Do kominka zapachowego wrzucam kilka kropel olejku pomarańczowego i kilka kropel cedrowego. Raz w tygodniu, choćby się waliło i paliło, chodzę tańczyć. Zapisałam się też na polinezyjski masaż Lomi Lomi Nui. Sięgnęłam (pierwszy raz od dzieciństwa) po farby i w wolnych chwilach uczę się malować akwarelą. Robię to wszystko nie jutro, nie kiedyś, ale już dziś.

4 uwagi do wpisu “Zdarzenie ubezpieczeniowe i „radzenie sobie”

  1. Artykuł wspaniały, taki ludzki. Ja też wiem, że trzeba dbać o siebie. Kto wie może przykład podziała nie z góry (tak się mówi).ale z Gazety Ubezpieczeniowej.

    Polubienie

  2. Ja już po masażu, myślałam, że nazywa się hawajski. Już opisałam na swoim blogu, że czuję się wężem, zrzucającym starą skórę. Na razie jest brzydko, stara jaka była, ale była, nowej – tej pięknej – jeszcze iema. Ale będzie.

    Polubienie

  3. Termofor kojarzę z dzieciństwa. Uznaniem cieszyły się również poduszki elektryczne. Można je było kupić na targu u przybyszy zza wschodniej granicy. Kogoś kiedyś prąd popieścił, komuś upaliła się materiałowa osłona kabla zasilajacego, komuś przypaliło łóżko. Złe wieści rozchodziły się błyskawicznie, a rosyjskie wynalazki lądowały na śmietniku.

    Mijały lata, a ja żyłem w niewiedzy myśląc, że gumowy worek służy tylko do grzania. Po dołożeniu do niego zestawu uzupełniającego w postaci długiej elastycznej rurki, zacisku i sztywnej końcówki służy również jako przyrząd do lewatywy

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s