Dupa, nie feministka

fot. AWZ
Biegnąc ścigamy się z własnym cieniem (fot. AWZ)

Żyjemy w dziwnych czasach, kiedy trudniej jest dostać się do przedszkola niż na wyższą uczelnię. Żeby mieć całkowitą pewność, że dziecko zostanie przyjęte do publicznej placówki, najlepiej być upośledzoną fizycznie lub psychicznie samotną matką kilkorga dzieci, objętą dodatkowo nadzorem kuratora. Wtedy zbiera się około 140 punktów. Ja mam 64 punkty, a i tak jestem w znacznie lepszej sytuacji niż na przykład osoby bezrobotne (64 punkty są za to, że oboje rodzice pracują lub studiują w trybie dziennym).

Przy okazji perturbacji z zapisami mojej córki dowiedziałam się, że moja kariera przedszkolna rozpoczęła się od… łapówki w wysokości 100 dolarów dla dyrekcji placówki. Nie muszę dodawać, że było to zupełnie inne 100 dolarów, niż teraz! Obecnie dzięki temu, że zapisy zorganizowane są centralnie i mają charakter elektroniczny, nie ma nawet komu wręczyć odpowiedniej łapówki. Można co najwyżej wrzucić datek św. Tadeuszowi Judzie, patronowi spraw beznadziejnych…

– Jak tam biegi? – Spytał mnie zaprzyjaźniony fotograf, wiedząc że weekend spędziłam na kibicowaniu drużynie „RAZEM po zdrowie finansowe!” w 5. Carrefour Półmaratonie Warszawskim 2010. – Pięknie i wzruszająco! – odpowiedziałam, zgodnie z prawdą. Obserwowanie biegnących ludzi, zwłaszcza tych, którzy nie są zawodowymi biegaczami, nie wiedzieć czemu bardzo mnie porusza. Jest w tym coś głęboko ludzkiego. Które zwierzę poświęcałoby wiele godzin w tygodniu na męczące treningi, tylko po to, żeby gonić w kółko przez 21 km? Racjonalnie rzecz biorąc, jest to całkowicie pozbawione sensu! A jednak biegną: o kulach, z wózkami, często na mecie padając na kolana, a nawet wymiotując z wyczerpania. Podobne uczucia mam obserwując himalaistów, ekstremalnych podróżników, zdobywców biegunów.

Mojego entuzjazmu nie podziela redaktor naczelny „Gazety Stołecznej” Seweryn Blumsztajn:

Rozumiem, że aby zachęcić do biegania, trzeba biegać w mieście – takie maratony organizowane są na całym świecie. No dobrze, weźcie sobie Trakt Królewski i Wisłostradę, ale czy musicie paraliżować całe miasto? Paraliżować i terroryzować. Podejrzewam też, że uległość miejskich urzędników wobec biegoterrorystów bierze się z fałszywie rozumianej poprawności ekologicznej. Rozumiem, ja za ten tekst w redakcji też nie będę zbierał laurów. Ale panie i panowie w ratuszu – ja osobnik niebiegający też jestem obywatelem tego miasta”.

Jest coś w tym, co pisze redaktor Blumsztajn, jednak można by się zdobyć na więcej wyrozumiałości. W końcu ulicami Warszawy biega się tylko dwa razy do roku – jesienią w maratonie i na wiosnę w półmaratonie. Podejrzewam, że za „antybiegową” kampanią kryją się nie tylko względy komunikacyjne, ale również filozoficzne. Zarówno bieganie jak i nie-bieganie to pewien styl życia. Wszystkich biegaczy długodystansowców, jakich spotkałam, wyróżnia szczupła sylwetka i spokojna, pogodna twarz. Nota bene, żadną z tych cech nie może się raczej pochwalić redaktor Blumsztajn.

Karolina Jarzyńska, AWZ, Adam Sankowski (fot. Maciej Pytka)

W półmaratońską niedzielę, w okolicach mety na Krakowskim Przedmieściu można było trafić na stoisko Partii Kobiet. Podpisałam się pod obywatelskim projektem ustawy o upowszechnieniu wychowania przedszkolnego (dla mnie temat na czasie) i kupiłam koszulkę z hasłem „Moja babcia sufrażystka, a ja jestem feministka”, a co. Koszulka trafiła… do szuflady. Miałam ją włożyć następnego dnia po południu, ale nie śmiałam. Oto jak wyglądał mój dzień. Godz. 7-10:30 siedzę z dzieckiem. O 10:30 biegnę z językiem przy chodniku na ubezpieczeniowe seminarium organizowane przez Wolters Kluwer, gdzie siedzę do godz. 14 słuchając o ubezpieczeniach komunikacyjnych. O 14 wsiadam w autobus i jadę po zakupy. Objuczona jedzeniem na kolejne 3 dni docieram do domu i zabieram się za gotowanie obiadu. Gdy dziecko je obiad, chwytam za odkurzacz i usuwam z dywanów ślady śniadania, obiadu, czekolady, plasteliny, farby, gąbkę z materaca oraz resztki wielkanocnej palmy. Czy po tym wszystkim będę poważnie wyglądać w „feministycznej” koszulce? Śmiechu warte. Przypomina mi się stary dowcip. Co to jest, wisi na ścianie i płacze. Dupa, nie alpinista.

Wracając do języka sportowego, moje życie ostatnio przebiega raczej w tempie sprinterskim niż maratońskim. Najcenniejsze są jednak chwile pomiędzy kolejnymi biegami – kiedy obserwuję Karolinę Jarzyńską, jak przecina metę i bije rekord Polski. Kiedy widzę pierwsze kwiaty forsycji na tyłach Nowego Światu. Kiedy jem z córką pierwsze w tym roku lody u Wedla. Kiedy tańczę na placu Zamkowym do rumuńskich szlagierów granych przez Banda Chaleira (rum. czajnik). Kiedy zaglądam do małej galerii z biżuterią artystyczną i muzyką sakralną (co za połączenie!) i kupuję ogromny naszyjnik w kształcie ważki.

Sobie i Czytelnikom życzę częstych zatrzymań w codziennym biegu. Nie dajmy się zwariować, kochani.

6 uwag do wpisu “Dupa, nie feministka

  1. Podziwiam za ten odkurzacz. Ostatnio przy dwójce już dzieci zupełnie odechciało mi się go używać. Dziękuję za te zatrzymania, spróbuję 🙂

    Polubienie

  2. W ogóle nie daję łapówek. Wtedy to był pierwszy i ostatni raz, za to przedszkole. Bardzo chciałam pracować i kończyłam doktorat z historii ruchu… feministycznego (Liga Kobiet w I wojnie swiatowej). Przedszkole było i mam nadzieję, że nadal jest, świetne.
    Mama chi chi chi

    Polubienie

  3. Ja nie musiałam dawać łapówek bo to były takie czasy, że do przedszkola mogły iść wszystkie dzieci, nie liczono punktów ani zarobków rodziców. Liczyła się zwykła chęć posyłania dzieci do przedszkola. Ale cóż, wszystko się zmienia!.

    Polubienie

  4. moja mama musiała zapisać się do oficjalnych związków zawodowych i czekać na łaskawy przydział przedszkola dla mojej młodszej siostry. zdaje się, że stawki były zróżnicowane, dla niektórych zerowe, a rodzice płacili najwyższą. tato był „prywaciarzem”, to pewnie dlatego:)
    pamiętam, że już wtedy był problem z godzinami pracy placówek dla dzieci. moja mama wróciła do pracy, kiedy chodziłam już do zerówki. rodzice nie mogli mnie odbierać o 15, więc odprowadzała mnie pani, której było zresztą po drodze. musiałam czasem czekać na opóźnionego cudzego rodzica wraz z panią:)

    Polubienie

  5. Moja Pani z przedszkola nauczyła mnie robić gwiazdki, które robię już pół wieku. Ostatnio swojej wnuczce Emilce. Inna pani, niedobra, kazała mi iść po jabłko pod jabłonkę, które z niej spadło. Było piękne, wielkie i czerwone. Przyniosłam je, a ona je zjadła!!! Nie dała mi ani kawałeczka. A gdy byliśmy niegrzeczni, zaprowadzili nas do piwnicy. Stałam w pierwszym szeregu i się nie b ałam, taka buntowniczka, a za mną słyszałam ryk z kilkudziesięciu gardeł. Poza tym nie lubiłam spać, to była dla mnie największa kara, spać, gdy świat w okół był taki ciekawy

    Polubienie

  6. Ja chodziłam do całkowicie nielegalnego, prywatnego przedszokola. Moi rodzice skrzyknęli się z przyjaciółmi, wszyscy mieli dzieci w podobnym wieku, a przedszkolankiem był inny znajomy. Było skakanie po materacach i z łóżka piętrowego, było pyszne jedzenie i nie przypominam sobie by było leżakowanie. No, chyba, że ktoś się zmęczył skakaniem. 🙂
    Za to mój brat starszy o rok posłany został do państwowego przedszkola. Siedział cały dzień nieszczęśliwy i nawet ma takie zdjęcie, przy stoliku i z pluszakiem, a sam wygląda jakby go tam rózgą zagonili.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s