Warszawskie sny

Przez Warszawę przetaczają się czarne chmury i ulewne deszcze, a przez głowy czarne myśli i dobra literatura (mniam – „Portret w sepii” Isabel Allende). Przez gardła przetaczają się wirusy, przez Emilkę – wysypki. Siedzimy w domu i jemy syropy o różnych smakach. Znowu pożeram powieści, a do tego bułki z masłem, białym serem i cebulą.

W nocy śniła mi się spektakularna walka gigantycznego komara z gigantycznym konikiem polnym. Byłam przerażonym świadkiem tych dziwnych zapasów stworzeń o długich cienkich nóżkach. Potem odkryłam, że ważę 92 kilogramy i się z przerażenia obudziłam.

Tak czy inaczej znowu zaczęłam śnić. To dobrze.

Wewnętrzny teatrzyk

Podczas warsztatu „Metamorfozy” zmierzyłam się z czerwoną smoczycą i żelazną dziewicą. Podczas ostatniego masażu nawiedziła mnie królowa mieszkająca na szczycie szklanej góry. Przetaczają się przeze mnie postacie z baśni, próbują zaistnieć w teatrze życia codziennego. Smoczyca przysypia i zieje ogniem. Dziewica się oburza. Królowa tańczy kankana w lodowych kabaretkach.