Tak zwany leniwy lipiec

To miał być spokojny, leniwy lipiec. Miał. Mój urlop zaczał się od informacji, że babcia trafiła nagle do szpitala na neurologię, a zakończył (przymusowo) wiadomością o udarze Ani, sekretarza redakcji w „Gazecie Ubezpieczeniowej”. Byłskawiczne pakowanie walizek i powrót to parnej, burzowej stolicy. W tle egzaminy doktorskie mojego męża, deszcze, wiatry i szereg dowodów na to, że na świecie jednak nie ma nic stałego. Na przekór wszystkiemu chadzam na lody z Emilką i czytem jej wieczorem „Małego pingwina Pik-Poka”. Przeglądamy też namiętnie dział encyklopedii dla dzieci w empiku. Jak dobrze, że ona na razie nie musi się martwić zbyt wieloma rzeczami!