Róża

Mgliste poranki, słoneczne popołudnia i coraz chłodniejsze noce. Pełnia warszawskiej jesieni. Jedziemy dziś na grób babci Emilii i Józia. To dobra okazja do krótkich rozmów o wieczności z Emilką. – Dlaczego zmarli nas widzą, a my nie widzimy ich? – pyta mnie Emilka, a ja nie bardzo wiem, jak na to uczciwie odpowiedzieć. W końcu mówię, że nie wiadomo do końca jak to jest z tymi zmarłymi. Ja czuję, że babcia w jakimś sensie jest ze mną. Nawet jeśli to tylko (aż) sens genetyczny. Jest też tylko (aż) w mojej pamięci. – EmilKo, nie wiem czy babcia nas widzi, ale wiem na pewno, że jest w twoim imieniu, w twoich lekcjach pianina, w wieczornym czytaniu książek, w Twojej samodzielności i w obrażaniu się też.

Emilce takie wyjaśnienie wystarcza. – Kupmy dziś babci Emilce najpiękniejszą różę!

Kupimy, oczywiście.

Wymówki

Za oknem październik w nastroju listopadowym, a w moim pamiętniku zalega jeszcze lipiec! Mam szereg użytecznych wymówek, dlaczego nie piszę, ale szkoda czasu na wymówki, bo przecież życie każdego dnia robi się o 24 godziny krótsze!

Październik wciągnął mnie w mały akademicki wirek seminaryjno-zajęciowo-językowy. Lata szkolnego warunkowanidą robią swoje. Gdy kończy się lato, czuję nieodparty pęd do wiedzy i do statecznych, ceglanych murów uniwersyteckich.

Robię doktorat z wolnej stopy i obawiam się, że będzie naprawdę WOLNA, bo jak może być inaczej, gdy jest się pełnoetatową matką i pełnoetatowym dyrektorem marketingu w wysoce specjalistycznej gazecie?

Jak mówił Bernstein, zdaje się w kontekście rewolucji socjalistycznej, droga wszystkim, cel niczym. I tego się trzymam.