Za nami pierwsze minus pięć

O 6 rano w listopadzie gdy stoję  (leżę) przed wyborem: makijaż lub dodatkowe 20 minut snu, to zawsze wybiorę sen. Potem bezbronna, nieosłonięta warstwą podkładu ani pudru skóra czerwienieje, broniąc się przed pierwszym w tym sezonie mrozem. Noc przechodzi niezauważalnie w mroczny poranek. Wtulam nos w futrzany kołnierz płaszcza. Tak, za nami pierwsze minus pięć. To pierwsze jest zawsze dojmujące i zawsze zaskakuje. Jak to, w tym roku znowu będzie zima?

W taki dzień jak dziś interesuje mnie tylko jedno: być gdzieś, gdzie jest ciepło.

Telefony, które miały zadzwonić, nie zadzwoniły. Za to przyszły ostateczne i chłodne pisma sądowe, w których się „uprasza”, oczywiście „pod rygorem”. Panie w urzędach nie dosłyszą mojego nazwiska, albo to ja wymawiam je za cicho.

Zaczynam czytać jakiś romans, ale odkładam go na bok po kilku kartkach. Nie ta temperatura. Dziś jest pogoda na mroźną „Czarodziejską górę” z obojętną Kławdią de Chauchat i miotającym się bladym Castorpem.

chair