Dziękuję, do widzenia, miłego życia

Do sądu jechałam tramwajem nr 8 – tym samym, który przez cztery lata woził mnie do liceum im. Mikołaja Kopernika. Nawet wysiadałam na tym samym przystanku – Płocka. Sąd zupełnie niesądowy, jakby projektował go architekt specjalizujący się w pensjonatach i klubokawiarniach. Ciepło, przytulnie, spokojnie. Trudno uwierzyć, że w schludnie odmalowanych salach z ciemnymi drewnianymi meblami co rusz ktoś się rozwodzi, spiera o majątek, walczy o miedzę, winę lub niewinność.

Ja przychodzę o wiele za wcześnie i obserwuję. Para na ławce obok kłóci się szeptem tuż przed wejściem na rozprawę w obecności znudzonego adwokata żony. On szepcze, że nie chce jej więcej oglądać, ona coś o banku i kredycie. Wchodzą, by wyjść dwa kwadranse później. On bez słowa idzie na korytarz. Zaciśnięta szczęka, zaciśnięte pięści. Jeszcze-żona zostaje z adwokatem, który zdejmuje pospiesznie togę i zapewnia, że na następnej rozprawie na pewno już wszystko się uda. Dodaje, że dwa miesiące dla sądu to tyle co nic. Moment.

Kolejny delikwent – przystojny siwiejący pięćdziesięciolatek w golfie. Przypomina amanta z kurortu narciarskiego z lat 60., albo drugoplanowego bohatera wczesnego Bonda. Spogląda na zegarek, przerzuca leniwie papiery wyjęte ze skórzanej aktówki. Jego sprawa trwa 10 minut.

Potem staruszka z córką (?). Siedzą długo, ponad trzy kwadranse. Wychodzą uśmiechnięte.

A potem już moja kolej. Szast prast. Nie ma przesłanek do ratowania. Ogłaszam was niemężem i nieżoną. Dziękuję, do widzenia, miłego życia.

(Noc wcześniej we śnie uparcie zamiast „wysoki sądzie” powtarzam „proszę księdza!”)

Edward Hopper, Hotel lobby