Wybacz, dziadku Zygmuncie

Wybacz wiedeński dziadku Zygmuncie, że cię wmieszałam w sprawę ustników do saksofonów w moim śnie ubiegłej nocy. Chodziło przecież o drugi walc Dimitrija Szostakiewicza, a dokładniej o tę jego część, która zaczyna się w okolicach dwudziestej sekundy po drugiej minucie. Wcześniej grzeczne tralala la la i nikt (ja) się nie spodziewa (m) tego saksofonu i nawet nie wiem kiedy zaczynam płakać. No dobrze, wiem, że ten klarnet na samym początku sugerował, że może być ostro. Ale potem przechodzi w niewinne smyczkowe tralala lala i czujność zostaje uśpiona. Aż do drugiej minuty, sekund dwadzieścia. Bo potem to już tylko łzy na jawie i sny w nocy.