Sama rozumiesz

Wybacz, że nie zostanę, ale okazało się,  że muszę pilnie przeczytać kolejne rozdziały „Mistrza i Małgorzaty”. Sama rozumiesz, mistrz właśnie porzucił Małgorzatę na zawsze (bez słowa!) i trafił do szpitala dla umysłowo chorych. Zostawianie ich samych w takich okolicznościach byłoby dowodem całkowitego braku serca i zwyczajnym nietaktem.
Po drugie, lekarz kazał mi unikać dużych skupisk ludzkich, szczególnie tych złożonych z małżeństw zamieszkujących niedawno wybudowane osiedla na obrzeżach miasta. Przechodziłam niedawno (na szczęście lekko) chorobę cywilizacyjną zwaną rozwodem i mogę jeszcze zarażać przez kilkanaście lat, dlatego warto zachować ostrożność.
To, czy istnieje życie poza małżeństwem jest obiektem badań naukowców i filozofów,  ale kwestia nie została jeszcze rozstrzygnięta,  więc lepiej jej nie poruszać na spotkaniach towarzyskich. Sama to rozumiesz,  prawda? Dlatego jeszcze raz przepraszam i do zobaczenia następnym razem, za jakieś 15-20 lat. I pozdrów męża.

Gratis

Już najwyższy czas zdjąć z półki zaczytany na śmierć egzemplarz „Mistrza i Małgorzaty” i płakać w głos, natrafiwszy na tego diabła Valerego Gaydenkę gdzieś między Chmielną i Piwną, gdy jak co roku wygrywa swoje rosyjskie romanse na gitarze klasycznej. Pojawili się już na trakcie pierwsi akordeoniści. Potem będzie już Valery i ta szalona bałkańska orkiestra dęta czterech króli cygańskich. Przyjadą też Peruwiańczycy z weselnym systezatorem i piszczałkami. Na razie jeszcze cisza, ale to cisza przed burzą. Gdy gra Valery,  zawsze mam ochotę oddać mu wszystkie pieniądze, jakie kiedykolwiek miałam. Podobnie jest, gdy Paweł Orkisz śpiewa Wysockiego,  lub co gorsza „Kochałem cię dziś rano” Leonarda Cohena. Napisałam więc do niego „Proszę mi przysłać Okudżawę, Wysockiego i Cohena, żebym mogła przeżyć tę wiosnę”. Odpisał tego samego dnia „Dodaję jeszcze Ballady o miłości.  Jako gratis”.

Czym się różni późna zima od wczesnej wiosny?

Zimą, mając do wyboru dodatkowe 20 minut snu i zrobienie makijażu, bez wahania wybierałam sen. Wiosną wybieram i jedno, i drugie. A potem jestem mistrzynią porannych sprintów i sztafet. Czego ja nie zrobię w te magiczne 60 minut! Zdrzemnę się, wyjdę z psem, zrobię zakupy, makijaż, włosy umyję i wysuszę, buty wypastuję, dziecku podam śniadanie i zapakuję drugie, by punkt o 7:38 znaleźć się na przystanku Ochota-Ratusz i złapać przyjemnie pusty tramwaj linii 77. Boję się tylko, że kiedyś w tym porannym pośpiechu umyję psa, wypastuję dziecko, a na spacer wyprowadzę makijaż.

fly2