Miłość w plasterkach

Pies wytarzał się w zdechłym ptaku, a ja od tygodnia nie maluję paznokci. Wyciskam za to soki w różnych konfiguracjach – jabłko, marchew, pietruszka, seler, kiwi, szpinak, gruszka, kolendra. Farbuję jajka. Hoduję pierwiosnka, słonecznika i rzeżuchę. Rzeżucha ma wyrosnąć na glinianym jeżyku, to jakiś niemiecki wynalazek. Komponuję wiosenne bukiety (tulipany, irysy, bazie).

Gdy dzielni biegacze kończyli warszawski półmaraton, ja ledwo co domknęłam poszerzoną pętlę wokół Filtrów – 3,5 km w tempie refleksyjnym, najgorszym od miesiąca. Infekcja jeszcze nie do końca odpuściła. Ja też nie odpusciłam. Może nieco wolniej, może krócej, może z wywieszonym językiem, ale do przodu. To ostatnio moje motto.

Tuż przed snem wykonuję różne zestawy ćwiczeń, prowadzona przez bezlitosne aplikacje na smartfona o roboczej nazwie „skatuj się sam” (nazwa moja, w sklepie Play chodzą jako squats PRO, sit-ups PRO, runtastic six pack).

Wciągnęłam Emilkę w zbieranie podpisów przeciwko wycince drzew na Polu Mokotowskim. Staram się jej (i sobie) pokazać, jak działa lokalna demokracja. W niedzielę poszłyśmy zobaczyć, o które drzewa chodzi. Podpisy (całe 8) zostawiłyśmy w kopercie w Cafe Filtry. – 8 to może niewiele – tłumaczę Emilce – ale wystarczy, że 125 osób takich jak my zbierze po 8 podpisów i będzie ich 1000, czyli tyle, ile potrzeba. W kawiarni tuż przy naszym domu dyżuruje Monika Mossakowska, radna, na którą głosowałyśmy w wyborach samorządowych. Wszystko jest znacznie bliżej, niż się wydaje.

Tak naprawdę zasada jest ta sama. potrzebna jest codzienna mała troska, żeby rośliny rosły. Codzienne małe wysiłki, żeby mięśnie się wzmacniały. Codziennie kilka stron, żeby przeczytać książkę. Codziennie odrobinę zaangażowania, żeby nieco zmienić świat wokół siebie.

image

Kochany kapelusznik

Ach, ten Prokofiew – szalony kapelusznik wśród kompozytorów. Na wczorajszym koncercie w ramach 19. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena pod palcami diabolicznego Borisa Bermana VII sonata – szalona, momentami pośpieszna, czasem groteskowa, potem znów leniwa i cichutka, i znów pędząca na łeb na szyję, z gniewną zadyszką.

Natychmiast przeniosłam się myślami do tego dziwacznego parku na Okólniku pomiędzy klasztorem sióstr szarytek a Akademią Muzyczną, gdzie spędziłam część dzieciństwa przesypując piasek do wiaderka, wsłuchana w dziwaczne dźwięki dobiegające z Akademii. Śpiewaczki, fortepiany, trąbki – wszystko na raz w różnych tempach i tonacjach, bez początku i końca. A w tle tajemnicze, rozsypujące się mury, zarośnięte klasztorne ogrody i TAJEMNICA. Tak, to jest właśnie Prokofiew, tak bardzo mi ostatnio bliski.

Siergiej Propkofiew
Siergiej Prokofiew

mad_hatter_alice_in_wonderland_2010-wallpaper-1400x1050

Wesoły Kraków

Na Dworcu Głównym w Krakowie kupuję sobie gofra. W różnych miejscach Polski kupuję gofry, szukając tego niezapomnianego smaku dzieciństwa, czyli gofrów z baru Iglo przy Nowym Świecie. Bar został zamknięty już dobre kilkanaście lat temu, a razem z nim moje dzieciństwo. Zagubiony smak gofrów jest furtką do powrotów z przedszkola z babcią, podwórkowego dorastania, zbierania drobnych i liczenia, czy starczy na cukier puder, dżem, a może nawet (chociaż bardzo, bardzo rzadko) na hedonistyczny zestaw dżem plus śmietana. Ciekawe, co się stanie, gdy odnajdę ten zagubiony smak? Może będę już mogła umrzeć.

Na razie nie ma obaw – poszukiwania są daremne. Gofr z dworca w Krakowie jest twardawy, smażony na jakimś lekko gorzkim oleju. To nie to, bardzo nie to. Trzeba stąd uciekać. To wcale nie takie łatwe, ponieważ dworzec został pożarty przez galerię handlową o tysiącu głów, łap i ogonów. Nie muszę chyba dodawać, że każde z odnóży składa się z dziesiątek oszklonych pawilonów handlowych. Można tam kupić wszystko, poza goframi z baru Iglo przy Nowym Świecie. Kwiaty, elegancka bielizna, „50 twarzy Greya”. Mam przeczucie, że widok nawet jednej twarzy Greya to dla mnie dziś o wiele, o wiele za dużo. Całe pięćdziesiąt mogłoby mieć skutek śmiertelny. Trzeba stąd uciekać, tylko jak?

W końcu znajduję drogę na zewnątrz. Wychodzę z zupełnie nieoczekiwanej strony, całkiem daleko od dworca i od wszystkiego, co znam. Nagle przeszywa mnie bardzo silny ból. Zwalniam, wstrzymuję oddech i staram się zidentyfikować, co mnie właściwie boli. Typowy humanista – zamiast zastanowić się, jak poczuć się lepiej, najpierw muszę nazwać i opisać moje doświadczenie. Pęcherz? Jajnik? Oj, jak boli. Idę coraz wolniej i wolniej, ciągnąc za sobą walizkę. Dopiero po kilku minutach już wiem, co to jest – to ból porodowy. I ta myśl mnie uspokaja.

Sunę dalej nieznanymi ulicami, a za mną kwiecista walizka. Omijam łukiem Stare Miasto, raz po raz zerkając na smartfonową nawigację. Nazwy ulic nic mi nie mówią, nie wiem gdzie Wawel, a gdzie Wisła, idę tam, gdzie mnie prowadzi mój telefon. Prosto, w lewo, w prawo, znowu w prawo. Na trasie liczącej 3,5 km naliczam 6 sex shopów, co daje dokładnie 1 sexshop na 583 m. Wesoły ten Kraków, nie ma co. Sprawdzam ceny tulipanów i porównuję je z warszawskimi. Odnotowuję pustostany z tabliczkami „do wynajęcia”. Gdzieś po drodze mijam Teatr Stary, ulicę Starowiślną, rynek na Kazimierzu – powinnam chyba znać te miejsca, przecież tu byłam. Ale nie, dziś nie znam tu żadnej ulicy ani żadnego domu.

Okazuje się, że mam nocować na przeciwko nobliwej siedziby Katedry Chorób Wewnętrznych. Mój pokój mieści się na parterze, a w oknach ma kraty. Są w nim dwa łóżka, z czego jedno pod sufitem. Trzeba wejść do niego po wysokiej drabinie. Pokój nazywa się „Las deszczowy”. Łazienka jest na korytarzu. Wyglądam przez zakratowane okno i przez chwilę obserwuję chłopców grających w piłkę nożną. Nic mnie już nie boli.

leon-wyczolkowski-brama-florianska-1906-mob-2012-12-17-530x406
Leon Wyczółkowski – Brama Floriańska