Rozpad

Gdyby Alice Munro nie dostała literackiego Nobla w 2013 roku, mój rozwód bolałby znacznie mocniej. Ale (na szczęście) dostała i w listopadzie tamtego roku wpadła mi w ręce jedna z jej książek, zdaje się „Zbyt wiele szczęścia”. I tak wpadłam w dziki ciąg munrowy, przechodząc z jednej książki w drugą i wypatrując chciwie na księgarskich półkach kolejnych przekładów. Emilka wtedy dużo chorowała, ja również, i rzeczywistość była, jak to określiła jedna z munrowych bohaterek, zaledwie odskocznią od literatury. A literatura stała się szczepionką na to, co już wkrótce miało się wydarzyć.

U Munro to kobiety zdradzają i odchodzą. Do sąsiadów z dołu, najbliższych przyjaciół, najgorszych wrogów, tajemniczych nieznajomych, instruktorów amatorskiego teatru. Z kamienną twarzą, niespodziewanie, zostawiając za sobą przeszłość, dzieci, stabilizację i dobrobyt. Odchodzą w ciemność i chłód, a razem z każdym odejściem stopniowo rozpada się stare społeczeństwo, w którym „na zawsze” trwało dość długo, pomimo wszystkich uciążliwości.

Te odejścia raczej przydarzają się, a nie są efektem złej woli czy niefrasobliwości. Trudno tu mieć na poważnie do kogokolwiek pretensję. Po prostu wszystko gnije. Księżniczki zastawiają korony w lombardzie, książęta okazują się żebrakami w złotych pantalonach.

Od czerwca książki Alice leżą na półce, ustępując pola „życiu” i jego fabułom, czasem wzruszającym, czasem wstrząsającym, ale bardzo często – banalnym.

wpid-20150430_1940052.jpg.jpeg

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu

– Kiedy zaczęłaś biegać?

– Mniej więcej wtedy, kiedy mąż zaczął mnie zdradzać. Jeszcze tego nie wiedziałam, chociaż ciało może coś przeczuwało, skoro zdecydowało się na heroiczny skok na bieżnię. Przecież wcześniej kłopotem był nawet niezobowiązujący sprint do tramwaju.

Miałam łzy w oczach, gdy podczas niedzielnego biegu na 10 km zbliżyłam się do mety. Uśmiechnięta, nawet nie zdyszana. Przez całe 10 km czekałam na moment, w którym nie dam rady. Ale ten moment nie nadszedł. Biegłam lekko, spokojnie i równo do samego końca.

Mąż już nie jest mężem, a bieganie zostało bieganiem. Przełamałam barierę 10 km, kolej na półmaraton.

– Nie rozumiem tego całego biegania!

– Bieganie pomaga właśnie wtedy, gdy się rozumie za dużo. Do tego stopnia, że już się nie rozumie nic.

wpid-img_20150501_095916.jpg

Grunt to wesoły kręgosłup

– Masz wesoły kręgosłup, ale smutne ramiona – mówi mi łamaną polszczyzną hinduski masażysta. – Wesoły kręgosłup to dobrze, zdrowo. Ramiona też już dobrze, ale jak boli, to dzwoń.

Chlap, chlap – polewa mnie gorącym olejem, a ja się głośno z tego śmieję, bo czuję się jak krewetka w woku. Olej pachnie słodkawo i mdląco. Po masażu pachnę jak nieco zleżała kokosanka. – Co to za olej? – pytam. – Dobry olej, ajurwedyjski. (I znowu kolejna porcja gorącego oleju ląduje na moich plecach). – Twoja skóra pije dużo olej, to dobrze.

– Ale co jest w środku? – pytam z dociekliwością godną reprezentantki kultury Zachodu.

– Drzewo sandałowe. Przyprawy. Olej kokosowy.

Nie mam odwagi zapytać, czy ten konkretny olej nie jest aby trochę nieświeży. Lepiej jak uznam, że taki właśnie ma być. I kropka.

– Uprawiasz jogę?

Masażysta śmieje się. – Nie cierpię jogi. Moją jogą jest jogging.

Na koniec nakłada mi na twarz jakąś błotnistą maź. Zanim zdążę zapytać, odpowiada – 5 korzeni, 5 ziół. Dobre. A teraz leżeć 10 minut i się relaksować.

Potem czas na prysznic, który ma zmyć błoto z twarzy i olej z włosów i ciała. W łazience mam do dyspozycji staroajurwedyjski szampon marki Head&Shoulders. Obok palisandrowego posągu Buddy szumi plastikowy klimatyzator. W drewnianych, pięknie rzeźbionych drzwiach wmontowano zamek Gerda.

wpid-20150423_1445452.jpg.jpeg