Urojony jetlag

Trzecia nieprzespana noc. To już nie jest zabawne. Już się nie zachwycam śpiewem ptaków o świcie, ani nie wzdycham do pierwszych promieni słońca, tylko chcę wreszcie przespać ustawowe osiem godzin bez przerwy. To jakiś piekielny jetlag, tylko ja przecież znikąd ani donikąd nie leciałam. Raczej.

Dziś ostatni moment na odebranie pakietu startowego na jutrzejszy bieg na 10 km, tymczasem Emilka kaszle jak dusza potępiona (który to raz? który to raz?), nie bardzo mam też ją z kim zostawić. Pies dostał rui i zażera stres prokreacyjny podejrzanymi resztkami z trawników oraz misek kotów podwórkowych.

Ja jem chleb z bryndzą i pomidorem malinowym – kolejny zestaw smakowy z dzieciństwa, który przenosi mnie do wiosenno-letnich śniadań na werandzie w Zalesiu.

Pogoda bawi się wciąż w ciepło-zimno, na zmianę przypiekając ostrym słońcem i przenikając do kości północnym wiatrem. Mam poważne podejrzenia, że ten północny wiatr to bezpośredni skutek nadużywania przeze mnie literatury skandynawskiej. I to nie koniec, bo wczoraj wyjęłam ze skrzynki kolejne dwie powieści Christensena (już nie zapominam jego nazwiska). A wiatr niech sobie wieje, ile chce.

I pobiegnę ten cholerny bieg (ma padać), znowu będę spała w nocy, a że trochę chce mi się płakać, to już inna sprawa.

Anthony Barrow, Despair
Anthony Barrow, Despair