Przepraszam, którędy na 517 kilometr Wisły?

To musiało skończyć się źle.

– Gdzie jedziemy? – pyta taksówkarz.

– Na Wybrzeże Puckie. Bez numeru, tam chyba nie ma numerów.

Dotarliśmy gdzieś na Jagiellońską pomiędzy mostem Gdańskim a mostem Grota Roweckiego. Stała tam jakaś grupa biegaczy, więc pomyślałam, że to pewnie gdzieś niedaleko. I to był duży błąd w ocenie sytuacji. Do startu 35 minut, tylko gdzie ten start? Mijamy kolejne ogrodzenia i tabliczki „przejścia nie ma”. Start ma być na 517 km Wisły, a do Wisły dojść nie sposób. 25 minut do startu. Pytamy przechodzącą parę, czy wiedzą, gdzie jest 517 km Wisły. Robią wielkie oczy. 15 minut do startu. Jest Wisła, ale zostało jeszcze sporo do tego przeklętego 517 kilometra. Zaczynamy biec. Na miejscu okazuje się, że kolejka po pakiety startowe ciągnie się w nieskończoność. Start opóźniony co najmniej o kwadrans. Ufff.

Okolice dzikie – zarośla, wędkarze jak członkowie ruchu oporu. Dzikość zgwałcona przez 1000 biegaczy i muzykę rozkręconą na cały regulator. Muzyka na szczęście szybko zostaje w tyle. Biegnę. Biegnę. Biegnę. Piękna trasa, pełna soczystej zieleni, zatoczek, prześwitów na Wisłę. Oddycham głęboko, wdychając zapach majowej roślinności, wody, wiatru. Przybiegam z dobrym czasem, chociaż nawet nie wiem dokładnie jakim, bo na mecie wzrok mi się mąci i nie widzę, co wskazuje zegar. Z medalem na szyi siadam na powalonej kłodzie i dochodzę do siebie. Chyba pada. A może to moja komórka się poci.

wpid-20150523_1044362.jpg.jpeg

Naprawdę pięknie

Budzę się o 5:48 i, jak zawsze w dzień biegu, wyglądam odruchowo za okno, żeby sprawdzić, czy leje. Nie lało. Chmury nisko, ale bez lania. Dobrze.

Śmiesznie spałam tej nocy, budząc się co godzinę, a potem natychmiast znowu zapadając się w sen. Jak na huśtawce. Sen – jawa – sen – jawa – sen – jawa. Lubię tak.

Poranna kawa przyjemnie czarnogorzka. W żyłach pierwsze krople adrenaliny przedstartowej. Wszystko we mnie jeszcze ziewa, ale już zabiera się do biegu. Tak, pobiegnę dziś daleko, daleko, daleko. I nie chodzi już nawet o ten medal, akurat nie dziś.

Dziś będę biec po prawej, bardziej dzikiej stronie kochanej Wisły. Od mostu do mostu, trochę na północ, trochę na południe, w pobliżu nadwiślańskich plaż i zarośli.

A w domu czeka dwóch niezawodnych rycerzy – Etgar Keret i Lars Christensen, którzy powiedzą, że naprawdę pięknie dziś pobiegłam.