U nas na oddziale

W Instytucie Neurologii i Psychiatrii w Warszawie jest zamknięty oddział leczenia zaburzeń wirtualnych. Miejsc brakuje, jeśli się nie ma znajomości, trzeba długo czekać na przyjęcie.

G. ma za sobą kilkukrotne  (udane!) próby samobójcze – wykasował już dwa profile na Facebooku i trzy blogi  (w całości). Obecny blog prowadzi już ponad rok i lekarz jest dobrej myśli.

M. z kolei przyjmuje wszystkie zaproszenia do znajomych, bierze udział we wszystkich quizach, potwierdza obecność na wszystkich wydarzeniach. Instaluje też wszystkie gry, do których jest zapraszana i w każdą stara się grać tyle samo czasu. Żeby pogodzić to z życiem zawodowym, musi wstawać o 2 nad ranem, więc dla wygody już w ogóle się nie kładzie.

C. ma przeczucie, że gdy liczba jej znajomych na Facebooku przekroczy 100, to jej tożsamość rozpadnie się na kawałki. Od kilku miesięcy liczba znajomych wynosi 95. C. na wszelki wypadek nie wychodzi z domu, żeby przypadkiem nie poznać nikogo nowego i nie być zobligowaną do facebookowego zaproszenia.

B. bardzo boi się postów o chorych dzieciach i maltretowanych zwierzętach. Za każdym razem, gdy taki post się pojawia, naciska wiele razy opcję „nie chcę tego widzieć”. Robi to z taką mocą, że zaczął szwankować ekran dotykowy w jej smartfonie.

E. każdego dnia wykonuje kilkadziesiąt autoportretów (selfie), publikuje je co 15 minut, ale na żadnym nie jest w stanie samej siebie rozpoznać. Podejrzewa, że ktoś się codziennie włamuje na jej profil i umieszcza tam swoje zdjęcia licząc, że nikt się nie zorientuje. Ale ją nie tak łatwo wyprowadzić w pole.

Na oddziale karmią raczej dobrze. Personel jest sympatyczny i pomocny. Tylko kawa jakaś słaba i bez smaku.

Kto jest królem, kto jest królem, kto jest królem?

Z wielkiego bilbordu na placu Zawiszy uśmiecha się prezydent elekt. Można by napisać „uśmiecha się do mnie”, ale to przecież nieprawda. Nie mogę uchwycić jego spojrzenia. Patrzy gdzieś nad moim prawym ramieniem, w kierunku Bemowa. Na ustach prezydenta elekta czai się uśmiech, który przypomina mi postać kochanka żony głównego bohatera jakiegoś filmu sprzed kilkunastu lat. Kochanek był zadowolonym z siebie agentem nieruchomości, który w sytuacjach intymnych miał w zwyczaju powtarzać w kółko „Kto jest królem? Kto jest królem?”. Widzę jego równomiernie opalone pośladki opadające w górę i w dół oraz twarz z tym samym odcieniem opalenizny wykrzywioną w uśmiechu i dyszącą: „Kto jest królem? Kto jest królem?”.

W spojrzeniu pana prezydenta widzę też chłopca. Chłopiec przed chwilą strzelił bramkę, a jego radość co najmniej w połowie wynika nie z tego, że trafił, ale z tego, że jego przyjaciel na bramce nie obronił.

Wybory wyborami, a w domu kończą się produkty pierwszej potrzeby – kawa ziarnista i puszki dla psa. Przede mną też decyzje,  których nikt za mnie nie podejmie – czy iść na trening przed czy raczej po pracy?

image