Niech aplikacja wyluzuje

Po intensywnym biegu w upale spływam potem. To nie są krople, ani nawet strumyczki. Cała skóra błyszczy.  Twarz zatraca swoje codzienne rysy, jest nabrzmiała i błyszcząca. Nie wyglądam teraz jak Marylin, o nie. Sorry, taki mamy klimat. Sportowy. Padam na fotel i analizuję dzisiejszą trasę na komórce. Serpentyny i zygzaki. Biegłam po prostu tam, gdzie akurat był cień. Aplikacja strofuje mnie raz po raz. „Twoje tempo jest zbyt wolne. Daj z siebie więcej”. I tak w kółko. Jakie za wolne? W życiu tak szybko nie biegałam. Niech szanowna aplikacja zmierzy temperaturę na słońcu. Niech aplikacja wyluzuje. Ale przyśpieszam. Pot spływa po kręgosłupie.

Gęsto

Pół siedzę, pół leżę na granicy słońca i cienia. Grzeję się jak jaszczurka. Nasiąkam światłem i czerwcowym wiatrem. Czas jest dziś gęsty, lepki, a niebo bardzo niebieskie. Myśli też w konsystencji półpłynngo miodu. Z nikim nie rozmawiam, nigdzie nie dzwonię. Wchłaniam ciepło.

Czego to ja nie zaplanowałam na te dni!  Dwie wizyty w teatrze, dwie w kinie, dwa treningi i jedne zawody biegowe, napisanie eseju i życie, życie, bardzo dużo życia.

A czas gęstnieje i rozciąga się leniwie. Czuję lekkie pieczenie rozgrzanej słońcem skóry na łydkach. Po stole skacze wróbel.