To co, zaczynamy od nowa?

Umieszczenie na wieczność (dosłowną) dwóch kobiet z jednym mężczyzną w tym samym pokoju to niezły pomysł na piekło, a w każdym razie piekiełko. Dla widza to może nie piekło, ale czyściec. Takie mam refleksje po nieco histerycznej jednoaktówce Jeana Paula Startre’a „Bez wyjścia” w Teatrze Dramatycznym.

Schodząc do szatni po niekończących się schodach, zastanawiałam się – co było nie tak? Sama sztuka. Sartre napisał postacie, które wywoływały bardziej znużenie, niż litość i trwogę. I nie pomogła nastrojowa muzyka Michała Lorenca. Nie pomógł (no dobrze, mi trochę pomógł) seksapil Piotra Grabowskiego.

Może być pan sobie wielkim filozofem, panie Sartre, ale na ludziach to pan się trochę nie zna.

Oczywiście możemy dorobić do tego ideologię (nawet prawdziwą, czemu nie) – bohaterowie odgrywali swoje mętne kwestie jak wyuczoną lekcję (pewnie swoje życie odgrywali w ten sam sposób). Pod koniec para z nich uszła i opadli na kanapy bez życia i energii. Wreszcie milczeli. W końcu ktoś (Garcin) zapytał „To co, zaczynamy od nowa?”. Ten moment, gdy wszystkie kwestie zostały już wypowiedziane, ale kurtyna jeszcze nie opadła (nie było kurtyny) – dla mnie najbardziej znaczący i najrealniejszy moment całej sztuki. Jedyna (krótka) chwila porozumienia zaistniała wtedy, gdy wszyscy milczeli, bo byli zbyt wyczerpani odgrywaniem samych siebie.

J. P. Sartre, „Bez wyjścia”, reż. Barbara Sass, Teatr Dramatyczny w Warszawie

bez_wyjscia5

bez_wyjscia7