Denerwujesz mnie, Hans

Przed upałem uciekam do Davos, do sanatorium Berghof. To ostatnia „Czarodziejska Góra” w Teatrze Syrena w tym sezonie. W Berghofie od lat czuję się jak w domu – nie wiem, który to już raz towarzyszę Hansowi Castorpowi w jego zmaganiach z samym sobą.

wpid-2600_660x.jpgTym razem Castorp (Patryk Pietrzak) miał okrągłą, ufną twarz. Wciąż go widzę z walizką w dłoni, w wełnianych spodniach i brązowej kamizelce, jak przestępuje z nogi na nogę. A potem obserwuję, jak Czarodziejska Góra klocek po klocku demontuje jego ułożoną tożsamość. Wytrąca ze znanej, bezpiecznej ścieżki.

wpid-0.jpgKławdia w interpretacji Marii Seweryn przypomina mi bardziej jaszczurkę, niż kota. Za dużo krzyczy, ma za niski głos, jej twarz wykrzywiają gniewne grymasy. Dla mnie pozostanie kirgijską Moną Lisą z obgryzionymi paznokciami, którą opisał Mann.

Moja ulubiona scena w tej sztuce – nowy kochanek Kławdii (Daniel Olbrychski) drzemie na leżaku. Kławdia i Hans siedzą przy stole. Milczą. Hans ma oczy szeroko otwarte ze zdziwienia. Kławdia opiera czoło o blat stołu. Kochanek mówi do siebie przez sen, ma najwidoczniej niespokojne sny.

Zamawiam w kawiarni tartę ze śliwkami i lemoniadę, zupełnie jak mała dziewczynka. Tak, wciąż jestem trochę jak Hans Castorp, który z niezdrowym błyskiem w oku zbiera okoliczne okazy roślin, studiuje z zapałem anatomię człowieka, albo zasypia w śniegowej zaspie podczas bezmyślnej, ryzykownej eskapady narciarskiej. Denerwujesz mnie, Hans, bardzo mnie denerwujesz. Twoja ufna twarz zbyt bardzo przypomina moją własną, a twoje oczy świecą podejrzanie znajomo.

Tomasz Mann „Czarodziejska Góra” w reż. W. Malajkata, Teatr Syrena w Warszawie

wpid-2602_660x.jpg

wpid-wp-1434227620133.jpeg

Kraina umarłego dzieciństwa

Jakie mam plany na weekend? Wielką pustkę wypełnioną upałem. Ekshumację lodówki. Bieg przed siebie o zachodzie słońca. Wyprawę za miasto do krainy umarłego dzieciństwa.

Chociaż nie, dzieciństwo wciąż gdzieś tam jest między gałęziami rododendronów. Przy pieńku, który pozostał z czereśni, na którą tak lubiłam się wspinać. W tym miejscu trawnika, gdzie rozstawialiśmy fotel babci Emilce (tam, gdzie było najcieplej, babcia ciągle marzła i nawet podczas upału nosiła rajstopy i wełniane spódnice). Albo pod krzakiem jaśminu, gdzie na rozklekotanym polowym łóżku odpoczywał dziadek Tadeusz.

Będę oglądać kolejne wybrzuszenia na asfalcie. Patrzeć, jak korzenie drzew rok po roku, dziesięciolecie po dziesięcioleciu odzyskują dla siebie to miejsce.

Będę biec starymi ścieżkami, chroniąc się w cieniu drzew przed czerwcowym upałem. Zobaczę, co popadło w ruinę, a co zostało wybudowane. Co porosła trawa, co wchłonęło bagno, a co pokryto świeżą warstwą asfaltu.

Poszukam tego gwoździa z przewróconego płotu, który kiedyś wbiłam sobie w stopę. Szkła w rzeczce Zielonej (utkwiło w prawej pięcie, blizna jest do tej pory). Gorącej herbaty wylanej w czasie kolacji na prawą rękę. Skręconych kostek, zdartych kolan, blizn po rozdrapanych ugryzieniach komarów, jadu przypadkowo zdeptanych os. Rozpalonego czoła w trakcie udaru słonecznego. Bzyczenia szerszeni, którego tak bardzo się bałam. Nocnych odgłosów lasu. Śladów po piaskowych kąpielach dzików.

05zalesie6