Żołnierza rany nie hańbią (tak bardzo)

Leżę w pustej wannie. Woda wyciekła jakiś czas temu, a ja obserwuję siniaki, których nabawiłam się w niewiadomych okolicznościach. Jest ich kilka, zaczynają powoli zmieniać kolor z niebieskiego na coś między żółcią, a zgniłą zielenią. Prawa łydka i kolano,  lewe udo i lewe ramię. Czyżbym nabawiła się tych mikrokontuzji w którymś z niespokojnych snów ostatniego tygodnia wiosny? Może jest jakieś prozaiczne wytłumaczenie, nie wiem, nie zamierzam go szukać, prozaiczne wytłumaczenia zawsze interesowały mnie mniej, niż te symboliczne.

Wchodzę więc w lato lekko posiniaczona wiosną, ale przecież żołnierza rany nie hańbią.

W ciągu pierwszych trzech tygodni czerwca przebiegłam 75 km, mam jeszcze dwa razy zawody  (27, 28 VI) i to mi daje takie miłe poczucie realności. Biegnąc czuję, że istnieję w bardzo fizyczny sposób. Dotykam swoich granic, od czasu do czasu je przekraczam. Żyję. Oddycham głęboko, czuję chłodny wiatr na skórze mokrej od potu. Czuję, jak krew napływa do twarzy, gdy nadmiernie dociskam tempo. A potem padam zdyszana na fotel, sącząc wodę i patrząc w sufit.