Pierwsze dni lata

Noc Kupały musiała przebiegać burzliwe. Na porannym spacerze z psem znalazłam dwa gołębie z odgryzionymi głowami. Na jednym z nich siedziała wrona i metodycznie uderzała grubym dziobem w miejsce, gdzie kończyła się szyja, a zaczynała klatka piersiowa.

Lato przyniosło kolejne porcje nerwowego, północnego wiatru i ciężkie, deszczowe chmury, rozwiewające się niekiedy pod wieczór i zamieniające w różowe, świecące strzępki.

A ja toczę moją prywatną wojnę z chaosem. Zbieram porozrzucane ubrania z podłogi, wyrzucam dziesiątki paragonów i niedokończonych rysunków. Wkładam naczynia do zmywarki. Podlewam kwiaty i zioła. Ale zbyt wolno, zbyt niezdarnie. Chaos czai się i czeka na każdą chwilę nieuwagi. W skrzynce rośnie kolejka maili, na które nie odpowiedziałam. Rośnie liczba nieodebranych połączeń. Nikogo nie ma w domu. 

Ta, która jest w domu, marznie. Pół godziny zbiera się do tego, żeby przynieść książkę z drugiego pokoju. Zasypia o 22 i budzi się gwałtownie niecałą godzinę później myśląc, że jest czwarta nad ranem.