Płynność

Kiedy ostatnio siedziałam (tak jak to robię teraz) w moim ukochanym fotelu, wyciągając nogi na podnóżku, słuchając szumu fontanny i obserwując grę cieni na liściach brzozy za oknem? Nie pamiętam. Kiedy w perspektywie na wieczór miałam wielkie, kuszące, niesprecyzowane NIC? Nie pamiętam.

W czerwcu zdobyłam dwa medale na zawodach  (15 km i 5 km), przebiegłam łącznie ponad 104 km, posiniaczyłam nogi. Odbyłam kilka podróży w modelu tam-i-z-powrotem, obserwując chmury na niebie i dojrzewające zboże na polach.

I dziś, czyli pierwszego lipca, leżę w swoim ulubionym fotelu może bez sił, ale za to z pewną łagodną miękkością, która zazwyczaj charakteryzuje płyny. Czuję się wylana ze swojej zwykłej formy, przelewająca z prawa na lewo i z powrotem z lekkim pluskiem. Dziwny to stan, ale przecież nie zły. Kropla drąży skałę i nie ma w tym gwałtowności, hałasu, walki.

W mięśniach odczuwam te 11 km przebiegnięte w upale wczesnego lipcowego popołudnia. Ciężar, senność i coś na kształt spokoju. Muszę się naprawdę solidnie zmęczyć, żeby poczuć taki spokój.

image