Koszmarki

Tej nocy zasnęłam natychmiast, wpadając w serię małych i banalnych koszmarków. Najpierw dostałam złe oceny z jakiegoś (gimnazjalnego?) testu końcowego. Same tróje, jedna czwórka. Oglądam tą pracę i widzę, jaki mam fatalny charakter pisma, chyba wcale się nie starałam, a tu proszę – pytania nie doczytałam. Czemu tak się spieszyłam?! I ten charakter pisma, fatalny, fatalny, no fatalny normalnie. Siadaj, pała, spodziewałam się więcej po tobie.

Potem jestem na bankiecie, na którym jest mnóstwo jedzenia. Stoję przy stole z deserami. Na nim piękne ciasta we wszystkich możliwych smakach i rodzajach. Wiem, że nie powinnam nic z tego jeść. Próbuję nałożyć coś na talerz, ale wszystko niszczę. Ciasta rozpadają się na kawałki, zamieniają w bezkształtną miazgę.

Budzę się z kroplami potu na czole i piaskiem pod powiekami. Cały pokój wypełniony ostrym, porannym słońcem.

wpid-picsart_1437546029754.jpg

Letniość

Z wielkiej senności wpadam w wielką bezsenność. W końcu o 1:40 w nocy jem chrupki kukurydziane z zimnym mlekiem i małą brzoskwinię. Potem ściągam aplikację, która emituje szum morza. I ten elektroniczny szum staje się przepustką do półsnu, który przechodzi w płytki sen, a potem w ciemność bez dźwięków, obrazów i ruchu.

Budzę się po 7, smartfonowe morze mruczy mi do ucha, słońce przebija się przez chmury, a wiatr potrząsa firanką. W domu mam do jedzenia tylko to, co lubię – brzoskwinie, kozi ser, mleko, pomidory, ogórki, jajka i kawę ziarnistą Verona. W wazonie układam bukiet ze strusich piór i piję poranną kawę patrząc w swoje myśli, z pełną premedytacją bujając w obłokach.

W lipcu czuję się tak, jak bym znowu miała 16 lat i szczęśliwie nie wiedziała zbyt wiele o niczym, jednocześnie przeczuwając wszystko o wszystkim.

wpid-picsart_1437466118047.jpg

(…) (warczenie)

Dzisiejszego poranka wycie psów zignorowali już wszyscy – Emilka, pięcioosobowa rodzina z wielkogłowym niemowlęciem, rodzina rowerzystów, która wróciła z kolejnego objazdu okolicy grubo po tym, jak na niebie pojawiły się pierwsze nietoperze. Psy zignorowali również tajemniczy mieszkańcy pokoju nr 1, z którymi wiecznie się rozmijam i których istnienie potwierdza jedynie cień szczupłej męskiej sylwetki widziany w drzwiach raz czy dwa.

Cisza. Zaparzam kawę rozpuszczalną Starbucks. Dzielę liczbę pozostałych saszetek przez trzy (piątek, sobota, niedziela) i okazuje się, że mogę spokojnie pozwolić sobie na dwie kawy dziennie. Zatem jest dobrze. Popijam kawą przedostatnią tabletkę przeciw alergii i słucham pierwszych hałasów dobiegających z pokoju rodziny z niemowlęciem. No proszę – święta matka Polka blondynka warczy na jedno z dzieci. I tak była dzielna roztaczając aurę spokoju i świętości przez bite dwie doby, budząc u mnie lekki podziw z dodatkiem cienia wyrzutów sumienia i, jednak, ironii.

Ale prawa urlopu są nieubłagane. Przebywanie na niewielkiej przestrzeni bez uziemienia, jakie daje codzienna rutyna, prędzej czy później generuje energię elektryczną. I tak możemy być z siebie dumni, szczury pozabijałyby się znacznie szybciej.

Pojawienie się napięcia jest nieuniknione, a jednocześnie trzeba być zadowolonym i rozluźnionym, bo to przecież długo wyczekiwany urlop, prawda?

Piję kawę. Święta rodzina powarkuje. Rodzina rowerzystów śpi. Niebo dziś wściekle niebieskie – będzie upał.

image