Julie

Budzę się, gdy pot na moim czole zaczyna się skraplać i spływać na skronie. Powietrze w sypialni gęste i ciężkie. Promienie słońca przenikające przez każdą wolną przestrzeń między zasłonami a firankami tworzą na podłodze i łóżku drgające wzory. Poranna gra światła i cienia. Upał. Upał. Upał.

Stawiam stopy na ciepłej, drewnianej podłodze. Ścieram pot z czoła. Dzień dobry niedzielo, siódmy dniu morderczych upałów. Oby w tramwajach i autobusach szumiała dziś klimatyzacja. Oby ta dziewczyna, którą widziałam rano śpiącą w parku na środku trawnika ze zsuniętymi spodniami znalazła bezpieczną drogę do domu.

Wczoraj, na tej samej „psiej” trasie, widziałam starszą kobietę na balkonie patrzącą gdzieś w przestrzeń. Zupełnie jak Julia, która stała na swoim balkonie o te 60 lat za długo. A może właśnie tyle, ile trzeba.

Zobaczyłam też Julię w tej dziewczynie zwiniętej na trawniku. O dziwo, nie wyglądała wulgarnie, raczej krucho i tragicznie.