Ciekawe, kiedy przyjdzie ten moment, że zakręcę ostatni słoik

Konfitury, konfitury, konfitury. Zamykam kolejne kilogramy owoców w słoikach, jakby nigdy już nie miało być lata, jakby czekała nas wieczna noc, chłód i głód. Jest w tym coś pierwotnego i instynktownego. Nie panuję nad tym, ale nawet nie chcę panować. Niewiele we mnie ostatnio chęci do panowania nad czymkolwiek i kimkolwiek. Wolę płynąć z prądem, ewentualnie lecieć z wiatrem. I oczywiście smażyć konfitury. Łączę kolory – pomarańczowy z żółtym i czerwonym, czerwony z granatowym. W eksperymentach zdarzają się mniej i bardziej spektakularne porażki. Coś gęstnieje. Coś nie gęstnieje. Coś wybucha. Coś opada. Coś rośnie. Szukam zależności i prawideł, czasem nawet je znajduję. A czasem znajduję tylko cień tajemnicy istnienia, ukryty gdzieś w śliwkach, wiśniach czy morelach. Ciekawe, kiedy przyjdzie ten moment, że zakręcę ostatni słoik i uznam, że jestem już gotowa na kolejną jesień i kolejną zimę mojego życia.