(…) (Uschły ostatnie…)

Uschły ostatnie trzy słoneczniki, które siałam w marcu. Na parapecie został fiołek i bujny rozmaryn. Butelkowcowi żółkną liście, paproć jakaś niewyraźna. Za to świetnie ma się geranium, fikus i ziele azteckie. Obserwuję ze wzruszeniem ten taniec wzrostu i przemijania. Podlewam, wycinam zeschłe liście. Nie wiem, czy robię to dobrze. Dopiero uczę się języka roślin.

Tymczasem do Warszawy wrócił od dawna niewidziany północny wiatr. Postrząsał liście z drzew, wytargał mi fryzurę i przypomniał, że o 6:24 rano może być zwyczajnie zimno.

Wchodzę w jesień czytając „Narzeczoną Schulza” Agaty Tuszyńskiej. Po męskim „Traktacie o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego i  męskiej  męskiej „Mojej walce” Knausgarda, świat prowincjonalnej nauczycielki zakochanej w dziwacznym pisarzu. No i to pisarstwo Agaty Tuszyńskiej, emocjonalne i bez znieczulenia, które znienacka przenosi w czasie i przestrzeni. Wpadam do przedwojennego Drohobycza jak do studni i trudno mi się stamtąd wydostać.

image