Notatki z wewnętrznej emigracji (by nie rzec, uchodźctwa)

Ech, te niedzielne ciągi czytelnicze, gdy na obiad jem półdojrzałe śliwki węgierki, a na drugie śniadanie twaróg z absolutnie aspołeczną ilością cebuli. Wychodzę na rutynowe patrole z psem, a potem zaszywam się pod kołdrą, opierając plecy o misternie ułożoną wieżę z poduszek. I czytam, czytam, czytam, zerkając kątem oka na firanki drgające od wrześniowego wiatru. Wrzucam na siebie dżinsy i buty sportowe, idę polować na pieczone ziemniaki przy pl. Konstytucji. Dziś nie demonstruję, dziś czytam. Czytam. Czytam.