Miasto płonie

Śni mi się, że miasto płonie. Płoną kosze na śmieci, mieszkania. Moje mieszkanie też płonie, a w nim wszystkie moje rzeczy. Trochę chcę coś ratować  (bez przekonania), ale strażacy zagradzają wejście do budynku. Mówią, że grozi zawaleniem. – Trudno – myślę sobie. – Ważne, że żyję. 

Nad miastem ognista łuna i dym, dużo dymu.

image
Sebastian Niedlich,

Wanderer Above The City On Fire

(…) (No i wyszłam…)

No i wyszłam z trzydniowego ciągu czytelniczego, mogę więc znowu zmywać naczynia i z pełnym zaangażowaniem robić pranie. W nocy nawiedzają mnie koszmary. Wczoraj – stoję na jakimś placu rozładunkowym tuż przed wejściem do obozu. Tłum ludzi otoczony przez wojskowych z karabinami. Wiem, że aby przeżyć muszę za wszelką cenę unikać wzroku strażników. Oczywiście to się nie udaje. Jest wysoki, potężnie zbudowany i od razu wyłapuje w przestraszonym tłumie tą, którą trzeba usunąć już teraz. Idzie w moim kierunku, a ja nie mam dokąd uciekać. Budzę się przerażona i przez dłużą chwilę boję się znowu zamknąć powieki.

Od kilkunastu lat nie miałam takich snów. Kiedyś (20 lat temu?) śniło mi się, że uciekam przez jakimiś łysogłowymi bojówkami. Ulice były puste. Biegłam najpierw Foksal, potem skręcając w Kopernika, chowając się jakiejś klatce schodowej. Pamiętam jak dziś marmurowe schody i metalową bramę, która miała dać schronienie. Wtedy też mnie znaleźli, oczywiście.

AobKvs_web

Notatki z wewnętrznej emigracji (by nie rzec, uchodźctwa)

Ech, te niedzielne ciągi czytelnicze, gdy na obiad jem półdojrzałe śliwki węgierki, a na drugie śniadanie twaróg z absolutnie aspołeczną ilością cebuli. Wychodzę na rutynowe patrole z psem, a potem zaszywam się pod kołdrą, opierając plecy o misternie ułożoną wieżę z poduszek. I czytam, czytam, czytam, zerkając kątem oka na firanki drgające od wrześniowego wiatru. Wrzucam na siebie dżinsy i buty sportowe, idę polować na pieczone ziemniaki przy pl. Konstytucji. Dziś nie demonstruję, dziś czytam. Czytam. Czytam.