Strach

Nie wzięłam książki do pociągu. Czytam burzowe chmury, brunatne zaorane pola i stada gołębi nad ogródkami działkowymi. Z czułością patrzę na rozsypujące się ceglane budynki dworcowe i kołyszące się na wietrze łyse gałęzie. Nad ranem padał grad, który przeszedł w ulewny deszcz, a potem zamilkł w pół kropli – jak by nigdy go nie było.

Tak, specjalnie nie wzięłam żadnej książki. Trzeci tom „Mojej walki” Knausgarda leży przy łóżku, zostało zaledwie kilkadziesiąt stron. Chciałabym nazwać tę część doskonałym studium dziecięcego strachu  (lub strachu w ogóle), ale to by była nieprawda lub też nie cała prawda. Jest tam też dzikość dzieciństwa, zdarte kolana, wyprawy na wysypiska i zadzieranie spódnic koleżankom z klasy. Ot życie ludzkie, które nigdy nie jest samym strachem, ani samą radością. Różne światy nakładają się na siebie, tworząc wielowarstwową mozikę.

Ale ten strach – niewidoczny i niezrozumiały z zewnątrz, niemożliwy do przekazania, żywy nawet wtedy, gdy jego sprawca od lat nie żyje – to ponury refren, bardzo ponury.

image

Z mgły

Uliczkami Starej Ochoty sunie marznąca mgła. Błyszczą odłamki potłuczonego szkła na gołych trawnikach. Gram w wieczorną grę „znajdź psią kupę w ciemnościach”. Jestem już w tym całkiem niezła, mam doświadczenie i wypracowane podczas setek wieczornych spacerów techniki specjalne. Ale i tak marzę o tym, żeby latarnie świeciły jaśniej (lub w ogóle świeciły), albo jakiś wizjonerski producent karmy dla psów stworzył taką, po której odchody fosforyzują w różnych odcieniach tęczy. Wyobrażam sobie te kolorowe nocne światełka…

W domu czeka na mnie trzeci tom „Mojej walki” Karla Ovego Knausgaarda, do której przymierzałam się w ostatnich dniach. Są takie książki, w które wchodzi się jak w chłodne morze – najpierw przez długi czas trzeba brodzić przy brzegu, zanim zbierze się na heroizm i zanurzy po szyję. Jednak zanim wejdę w chłodne duńskie lata 70. i dziecięcy strach małego Karla, słucham jednym uchem internetowej transmisji z koncertu w Filharmonii Narodowej (Gustav Holst, „Planety” pod batutą Macieja Tarnowskiego). Potem dołącza też drugie ucho, przymykam oczy, pozwalam neuronom zanurzyć się w muzyce.

A potem wanna z gorącą wodą i dużo, dużo czytania.

(…) (Przyduszona katarem…)

Przyduszona katarem patrzę tępo w monitor. Mylę środy z poniedziałkami, gubię adresy i staram się nie dać opanować chłodnym myślom, ani porywistym wiatrom.

Wykreślam kolejne terminy z kalendarza, zostawiając to, co najważniejsze: pośpieszne spacery z psem, zakup minibagietek rustykalnych, tkwienie w fotelu i zbyt szybkie zapadnie w sen. A sen zagrania jak czarna dziura, albo beczka wypełniona smołą. Kto snuje w mojej głowie te senne przepychanki i trywialne historie zimowe?

To czas, w którym otwieram słoiki z konfiturami, będącymi jedynym dowodem na istnienie lata.