Z mgły

Uliczkami Starej Ochoty sunie marznąca mgła. Błyszczą odłamki potłuczonego szkła na gołych trawnikach. Gram w wieczorną grę „znajdź psią kupę w ciemnościach”. Jestem już w tym całkiem niezła, mam doświadczenie i wypracowane podczas setek wieczornych spacerów techniki specjalne. Ale i tak marzę o tym, żeby latarnie świeciły jaśniej (lub w ogóle świeciły), albo jakiś wizjonerski producent karmy dla psów stworzył taką, po której odchody fosforyzują w różnych odcieniach tęczy. Wyobrażam sobie te kolorowe nocne światełka…

W domu czeka na mnie trzeci tom „Mojej walki” Karla Ovego Knausgaarda, do której przymierzałam się w ostatnich dniach. Są takie książki, w które wchodzi się jak w chłodne morze – najpierw przez długi czas trzeba brodzić przy brzegu, zanim zbierze się na heroizm i zanurzy po szyję. Jednak zanim wejdę w chłodne duńskie lata 70. i dziecięcy strach małego Karla, słucham jednym uchem internetowej transmisji z koncertu w Filharmonii Narodowej (Gustav Holst, „Planety” pod batutą Macieja Tarnowskiego). Potem dołącza też drugie ucho, przymykam oczy, pozwalam neuronom zanurzyć się w muzyce.

A potem wanna z gorącą wodą i dużo, dużo czytania.

(…) (Przyduszona katarem…)

Przyduszona katarem patrzę tępo w monitor. Mylę środy z poniedziałkami, gubię adresy i staram się nie dać opanować chłodnym myślom, ani porywistym wiatrom.

Wykreślam kolejne terminy z kalendarza, zostawiając to, co najważniejsze: pośpieszne spacery z psem, zakup minibagietek rustykalnych, tkwienie w fotelu i zbyt szybkie zapadnie w sen. A sen zagrania jak czarna dziura, albo beczka wypełniona smołą. Kto snuje w mojej głowie te senne przepychanki i trywialne historie zimowe?

To czas, w którym otwieram słoiki z konfiturami, będącymi jedynym dowodem na istnienie lata.