(…) (Wyciągnęłam z szafy…)

Wyciągnęłam z szafy zimowy płaszcz i sweter dla psa. Poranny spacer odbywam z nosem w szaliku i wszechogarniającym  przeczuciem nadchodzącego kataru. Cała nadzieja w tych małych pomarańczowych pastylkach, które usuwają objawy wszystkiego. Zimno narasta. Pies po spacerze zaszywa się gdzieś pod kołdrą i nie odprowadza mnie do drzwi.

image
Robert Henri, “Snow in New York”, 1902.

Deszcze niespokojne

Pigwowiec, mango,  granaty, tarnina, żurawina, aronia, gruszki, gruszki, gruszki. Listopadowy bazar błyszczy w ulewnym deszczu. Mokną warkocze czosnku i nawleczone na nitkę suszone grzyby. Krople dzwonią o blaszane dachy straganów. Niebo opada coraz niżej i niżej.

A u mnie jak zwykle porządek walczy z chaosem. Papiery giną i odnajdują się. Konfitury z mango bulgoczą w garnku przez trzy wieczory, a czwartego dnia lądują w słoikach. Słoje na nalewki zapełniają się. Kuchenny pająk krzyżak snuje swoje sieci pod sufitem.

Rozpoczęte książki czekają na pierwszy od wielu dni wolny wieczór.

Remedium

Na listopad przepisałam sobie sama długą koronkową suknię i etolę z lisa. Ekologicznego lisa. Jeszcze nie wiem, kiedy na siebie włożę ten leczniczy zestaw, ale sama jego obecność w szafie działa kojąco. Kuracja obejmuje też wyprawę na bazar w poszukiwaniu owoców pigwowca, gruszek, mango i długie godziny spędzone na lekturze „Mojej walki” Karla Ovego Knausgårda (t. 3 wychodzi w najbliższy czwartek).

Moja masażystka zaleca natomiast częstsze kręcenie biodrami (czyt. tyłkiem), co ma stanowić miłą odtrutkę na nadmiar pierwiastka męskiego w cywilizacji Zachodu.

flat,1000x1000,075,f.u2.jpg
„El Duende”