Ot zima

W nocy przyszedł mróz. Trzeba było wyjąć z głębi szafy psi sweter w biało-czerwono-czarne pasy i mój stateczny, przyciężki kożuch z syntetycznego baranka. Psu szelki ledwo się dopięły na sweterku – nie da się widocznie bezkarnie podkradać kaczki i pasztetu z pańskich talerzy. Po kaczce, pasztecie i świątecznym schabie z mango i śliwką, psie konserwy noszące liryczną nazwę Dolina Noteci obsychają w misce. Psu marzną łapy, mi czerwienieją policzki. Ot zima.

O 22

Co robię o godz. 22 w Drugi Dzień Świąt? Pasteryzuję słoiki i wlewam do nich wrzący kompot z suszu. Starcza na trzy słoiki, akurat na trzy melancholijne zimowe wieczory, gdy wzywanie ducha Bożego Narodzenia okaże się nieodzowne. Zamykam te święta siedząc w fotelu z nogami na ulubionym podnóżku i wdychając zapach suszonych śliwek, jabłek, gruszek.

I wszystko układa się w spójną symfonię – silny wiatr znad Morza Śródziemnego, peruwiańscy Indianie na Placu Zamkowym, ukraińscy treserzy gołębi pocztowych i niezwykle krótkie łóżko króla Stanisława Augusta  (rekonstrukcja, oryginał nie doczekał). Przeglądam się w wypolerowanych królewskich zwierciadłach, puszczam oko do marmurowych satyrów i czuję w powietrzu zapach upływającego czasu.

Chmurne niebo ma dziś barwy jak z obrazów Canaletta. Widzę w głowie obrazy, które mogłyby powstać. Choćby „Widok na most Poniatowskiego od strony Palmy”, czy coś.

image

Trzy dni to za mało

Na wieczornym spacerze marzną mi dłonie, co mnie cieszy, bo jest niejasnym wspomnieniem o zimie. Czuję wiatr we włosach i na czubkach uszu.

Te święta zaczęły się dla mnie gdzieś w połowie listopada, gdy weszłam pewnego chłodnego poranka do Starbucksa przy pl. Trzech Krzyży i usłyszałam którąś z amerykańskich kolęd w wykonaniu Franka Sinatry. Zapadłam się potem w fotel z kubkiem kawy w ręku czując, że właśnie tu i teraz zaczynam świętować, i jeszcze długo długo nie przestanę. Trzy dni świąt to za mało – potrzeba mi na to wielu tygodni, a może wręcz całego życia?

A potem nastąpiły te najciemniejsze dni w roku, gdy wstawanie o 6 jest psychologiczną niemożliwością. Wyprawy na bazar w deszczowe dni i śledzenie chmur na niebie. Ostre słońce, poranne mżawki i saharyjskie wiatry. Chwile powagi i niepowagi. Smak żurawinowej konfitury na języku.