(…)(W dniu, w którym działa się historia)

W dniu, w którym działa się historia, nad ranem padał ulewny deszcz. Emilka miała zajęcia z eksperymentów i zmontowała urządzenie na baterie, wprawiające szpilkę w ruch wirowy. Ja zmieniałam płaszcz z chłodniejszego na cieplejszy i odwrotnie. Zanim wmieszałam się w tłum demonstrantów Komitetu Obrony Demokracji ukłoniłam się marszałkowi Piłsudskiemu, a potem Bolesławowi Prusowi i wreszcie księciu Józefowi przed Pałacem Prezydenckim. Wieczorem zjadłam na kolację chleb z serem i zrobiłam przepisową liczbę przysiadów i ćwiczeń na brzuch.

Słucham ostatnio z upodobaniem melancholijnych pieśni barokowych (jak mogłam bez nich żyć?) i zbieram się na odwagę, by skończyć „Narzeczoną Schulza” – już bez Schulza.

Uśmiecham się szeroko do ciemnookiego niemowlęcia napotkanego w kawiarni na rękach jego matki. Wymiana spojrzeń trwa dłuższą chwilę – i widzę w tych oczach coś istotnego, czego nie umiem nazwać.

Nad Żoliborzem zbierają się czarne chmury, a Warszawa zastyga w bezmroźnym chłodzie. Mijam dziesiątki radiowozów stojących wzdłuż Teatru Wielkiego. Tradycyjnie gubię się w podziemiach przy Metrze Ratusz Arsenał.

Wzrusza mnie widok dziesiątek biało-czerwonych flag łopoczących na grudniowym wietrze. Przeczuwam wyraźnie, że to jeden z tych dni, który potem będzie w podręcznikach historii i o którym będę kiedyś opowiadała znudzonej młodzieży, jak to jadłam chleb z serem i że pogoda była właściwie wiosenna, ale pod wieczór bardzo się ochłodziło.

20151212_142915.jpg