Hu hu ha, nasza zima

Drogi pamiętniku, śnieg zasypał nas na dobre. Odsalam moje kozaki chusteczkami z woskiem do pielęgnacji mebli drewnianych i czekam na dzień, w  którym budzik zadzwoni już po wschodzie słońca.

Emilka chce iść na tegoroczny bal w stroju Lorda Vadera, a w wolnych chwilach pracowicie przerysowuje roboty z kupionej z kieszonkowego Encyklopedii postaci Gwiezdnych Wojen  (tytuł zapewne przekręciłam).

Ja hoduję katar zatokowy i nadrabiam życiowe zaległości z fantastyki naukowej. Do snu kołysze mnie międzygalaktyczna pustka i te szalone małpoludy o zbyt wysokim mniemaniu o sobie.

Niespodziewany telefon spod Pirenejów, gdzie trwa właśnie pora deszczowa, a grzejniki są niewielkie i raczej symboliczne. Rwie się połączenie i pojawia mi się w głowie szalona myśl napisania listu  (kiedyś ludzie chyba tak robili, jak byli daleko od siebie?).

Pomiary wykonane przez bezduszną wagę łazienkową wprawiają mnie w przygnębienie.