Czubki pantofli

picsart_07-16-11.27.33.jpg

Odkrywam uroki spacerów miejskich z przewodnikiem (tak, tych samych, których unikałam jak ognia podczas kolejnych lat szkoły). Drepczę z mniej lub bardziej liczną grupką od budynku do budynku, kiwam głową, a gdy padają daty i nazwiska robię szczególnie skupioną minę, która ma mówić „tak, to jest właśnie prawdziwa historia!”

Jak w pierwszej księdze „Tytusa, Romka i Atomka”:

Zamek.
Zbudowany w XII wieku.
W XIII zniszczony.
W XIV odbudowany.
W XV spalony.
W XVI odrestaurowany.
W XVII zrujnowany.
W XVIII odremontowany.
W 1939 zbombardowany
W 1960 zrekonstruowany.
W czwartki wstęp wolny.

Tymczasem zawsze szukałam historii gdzieś między wierszami, niekoniecznie na pomnikach i wmurowanych tablicach.

Ale chodzę na te historyczne spacery, żeby wydobyć się z utartych szlaków i małych niewinnych codziennych rutynek, które stopniowo zamieniają w kamień od środka.

Po poważnym historycznym spacerze nie idę na obiad do „Wietnamca”, tylko odwiedzam enklawę azjatyckiej kuchni na szlaku warszawskiej gastronomii. I gdy czekam na mojego ulubionego kurczaka w cieście w sosie słodko-kwaśnym („kuciak w cieście”), myślę o jednym z pierwszych barów wietnamskich, który powstał w pawilonach na Nowym Świecie w latach 90, na długo przed tym, aż w okolicy pojawił się pierwszy kebab zwany Turkiem.  Myślę też o bliskich związkach kuchni wietnamskiej z warszawską kulturą studencką, o tysiącach sajgonków konsumowanych codziennie w trakcie trwania roku akademickiego przez kolejne roczniki.

A „Wietnamiec” z okolic placu Narutowicza mieści się w niewielkim pawilonie, ściany zdobią mu dwie tabliczki „ALKOHOL SZKODZI ZDROWIU” i „ZABRANIA SIĘ SPOŻYCIA PIWA W OBRĘBIE BARU” (czy jakoś tak). Obsługuje i gotuje ta sama osoba – szczupła Wietnamka po sześćdziesiątce. Wygląda jakoś tak swojsko, jakby mieszkała przy ul. Słupeckiej od urodzenia, podobnie jak jej matka, babka i prababka. Może tak zresztą było.

Ochota. Kto by pomyślał, że nie tak dawno hulał tu wiatr między nielicznymi cegielniami, składami drzewnymi i karczmą, gdzie mogli pożywić się ci, którzy woleli zjeść na przedmieściach, niż stołować się w drogiej stolicy.

O tych podróżnych myślę sobie właśnie jedząc mojego „kuciaka”, i o rogatkach jerozolimskich przy późniejszym placu Zawiszy, i o „Nowej Jerozolimie” – osiedlu dla ludzi, którzy chcieli (lub musieli) zacząć wszystko od początku.

Myślę też o tych międzywojennych architektach, którzy marzyli , żeby stworzyć miasto eleganckie, nowoczesne, funkcjonalne – prawdziwie „europejskie”. I o tym, że zaskakująco dużo z tych marzeń pozostało, w postaci modernistycznych kamienic i kolonii. A nie widzę ich wyłącznie dlatego, że wędruję przez moje miasto wpatrzona w dotykowy ekran smartfona i czubki własnych pantofli.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s