Zimność

No i przyszedł spóźniony mróz. Pierwszy raz w tym sezonie wyciągnęłam z szafy zielony wełniany szalik dla siebie i spacerowy sweter dla psa. Dziecko odwiezione na ferie w podwarszawską dzicz, a ja mierzę się z pierwszym od kilku miesięcy wszechkatarem i zapadam się w lekturę „Dżentelmena w Moskwie” Amora Towelsa. Bohater – hrabia Rostow – zostaje skazany przez partyjny sąd na dożywotni areszt domowy w moskiewskim hotelu Metropol. Towarzyszę mu na tym paradoksalnym wygnaniu, nie odbieram telefonów i szykuję do heroicznej wyprawy do Teatru Dramatycznego. A przecież to zaledwie kilka kresek poniżej zera, skąd więc to doświadczenie norwesko-syberyjskiej aury, bezkresnego zimna? Ponoć wieje dziś ze wschodu.

W tle domowa symfonia – szum zmywarki, powarkiwanie napowietrzacza w akwarium, odległy odgłos jadącej w górę windy. Pies zabarykadowany w pojemniku na pościel – swojej ulubionej kwaterze na zimowe popołudnia i wieczory.

I myślę sobie, że lubię te niedzielne zatrzymania i nieśpieszne tête-à-tête z czytnikiem Kindle, wcale nie ustępujące intymności obcowania z papierem.