Przyjdziecie jeszcze?

W domu kończą się dobra pierwszej potrzeby – kawa i tegoroczne jabłka. Sytuacja zaczyna być nieco groźna. Pies bezwstydnie wyłudza ode mnie nadprogramowe spacery, a każdy z nich ma sto zakrętów. Obiad jest dziś trzydaniowy – a na każde danie są lody. Przypadek?

Mrugam porozumiewawczo do Matki Boskiej w podwórkowej kapliczce i kłaniam rozciagniętym na rozgrzanym asfalcie dzikim kotom.

Gitara trzeszczy, krztusi się, postukuje, śmieje mi w nos.

Ale pani Stasia z domu opieki ociera łzę i mówi, że to boli, że ciężko, że przypomina – i w płacz. I wiem, że to właśnie ta nieco szalona kobieta poczuła, że mnie boli, że ciężko, że przypomina. „Mordeczko moja!” Mówi i chwyta za ramię. „Mogę z wami zostać?”

Siedzimy w domu opieki w ogrodzie zalanym słońcem, jemy kwaśne śliwki, gramy, śpiewamy.

„Tato, wiesz kto przyszedł?”

Ma zagubiony i zakłopotany wzrok, ale się cieszy.

„Przyjdziecie jeszcze?” Upewnia się.