Światła

Jeszcze tylko kilka warstw
Szalik czapka buty płaszcz
A na przejściu wciąż czerwone
Nie przejdę na drugą stronę

A na głowie popiół
A na głowie kurz
A na głowie szelest liści
A w tej głowie siwe myśli

Znów zielone światło
Teraz już iść łatwo
By do przodu znowu gnać
Trzeba najpierw w miejscu trwać

Krokodyl

We śnie senna czarna rzeka
I krokodyla w cieniu ślepia
Błysk białek, żółtych zębów błysk
Moja stopa, jego pysk

Sunie krokodyl przez wody czerń
Jeszcze nie noc, a już nie dzień
Idziemy znów na spacer z psem
Na rzece krokodyla cień

Ludzie, rozmowy, lekki ton
Zerkam przez ramię na tamten dom
Gdzie za zasłoną stoisz sam
I jesteś naraz, tu i tam

Dlaczego stajesz? pytasz mnie
Coś w cieniu przewidziało się
Jak odpowiedzieć tobie mam?
Widziałam kogoś, kogo znam

Minęła chwila, albo rok
A alejkami pełznie mrok
Krokodyl przysnął, warknął pies
Mężczyzna w oknie, kilka łez.

Tak i tak

Raz daleko, a raz blisko
Nic, niewiele, albo wszystko
Na kałuży cienki lód
Ciepło, zimno, woda, chłód
Czarne liście, gołe drzewo
Góra-dół, prawo-lewo
Odejdź, zostań, wyjedź, wróć
Łódź Warszawa i znów Łódź
Zasnąć milczeć usiąść wstać
Zabrać schować mówić dać
Uciec zniknąć czytać grać
Wrócić zostać jeść i spać
Fala w górę, fala w dół
A przy dnie brud i muł
Pusto pełno cisza huk
Niebo piekło diabeł Bóg
Jeden, pół albo ćwierć
Najpierw życie, potem śmierć