Następna stacja

Dzisiaj śniadanie
Wczoraj kolacja
Następna stacja
Następna stacja

Szybki łyk kawy
Poważne sprawy
Sny dobre i złe
Ślady po psie

Zmarszczone czoło
Mina posępna
Stacja następna
Stacja następna

Stresy, złudzenia
Nadzieje, marzenia
Giną w przeciągu
Z tyłu pociągu

Dziś zagmatwana jest sytuacja
Ale już wkrótce
Następna stacja

Tamto lato

„Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa” – a może Jezus miał jednak na myśli grę na gitarze? Ćwiczę pośród rozrzuconych kartek ze słowami, nutami, akordami i idzie najlepiej, gdy ręce na chwilę się zapomną, a już na pewno wtedy, jeśli trochę zapomną o sobie nawzajem.

Do porannej kawy ostatnia w tym roku jagodzianka („Więcej to nie będzie” oznajmia twardo dziewczyna z piekarni na rogu Filtrowej i Asnyka).

Wieczorem w planach ostatni (i pierwszy) w tym roku półmaraton, który nie wzbudza już niepokojów, ale miłe uczucie rozpoznania starego przyjaciela. Skądś wiem, że pobiegnę i wszystko generalnie będzie dobrze.

Często wskakuję na rozklekotane miejskie rowery, a potem z wiatrem we włosach i torebką przerzuconą przez ramię przemierzam stare i nowe warszawskie ścieżki. Jana Pawła. Świętokrzyska. Mińska. Grójecka. W parkach opadają rajskie jabłka, a między alejkami unosi się winny zapach przejrzałych mirabelek. Więcej to nie będzie, cytując dziewczynę z piekarni.

Zerkam na śliwki i brzoskwinie na miejskich straganach i myślę, że to właściwy czas na kilka słoików złotawo czerwonawych konfitur z naklejką „Tamto lato”.

Przyjdziecie jeszcze?

W domu kończą się dobra pierwszej potrzeby – kawa i tegoroczne jabłka. Sytuacja zaczyna być nieco groźna. Pies bezwstydnie wyłudza ode mnie nadprogramowe spacery, a każdy z nich ma sto zakrętów. Obiad jest dziś trzydaniowy – a na każde danie są lody. Przypadek?

Mrugam porozumiewawczo do Matki Boskiej w podwórkowej kapliczce i kłaniam rozciagniętym na rozgrzanym asfalcie dzikim kotom.

Gitara trzeszczy, krztusi się, postukuje, śmieje mi w nos.

Ale pani Stasia z domu opieki ociera łzę i mówi, że to boli, że ciężko, że przypomina – i w płacz. I wiem, że to właśnie ta nieco szalona kobieta poczuła, że mnie boli, że ciężko, że przypomina. „Mordeczko moja!” Mówi i chwyta za ramię. „Mogę z wami zostać?”

Siedzimy w domu opieki w ogrodzie zalanym słońcem, jemy kwaśne śliwki, gramy, śpiewamy.

„Tato, wiesz kto przyszedł?”

Ma zagubiony i zakłopotany wzrok, ale się cieszy.

„Przyjdziecie jeszcze?” Upewnia się.