Zimność

No i przyszedł spóźniony mróz. Pierwszy raz w tym sezonie wyciągnęłam z szafy zielony wełniany szalik dla siebie i spacerowy sweter dla psa. Dziecko odwiezione na ferie w podwarszawską dzicz, a ja mierzę się z pierwszym od kilku miesięcy wszechkatarem i zapadam się w lekturę „Dżentelmena w Moskwie” Amora Towelsa. Bohater – hrabia Rostow – zostaje skazany przez partyjny sąd na dożywotni areszt domowy w moskiewskim hotelu Metropol. Towarzyszę mu na tym paradoksalnym wygnaniu, nie odbieram telefonów i szykuję do heroicznej wyprawy do Teatru Dramatycznego. A przecież to zaledwie kilka kresek poniżej zera, skąd więc to doświadczenie norwesko-syberyjskiej aury, bezkresnego zimna? Ponoć wieje dziś ze wschodu.

W tle domowa symfonia – szum zmywarki, powarkiwanie napowietrzacza w akwarium, odległy odgłos jadącej w górę windy. Pies zabarykadowany w pojemniku na pościel – swojej ulubionej kwaterze na zimowe popołudnia i wieczory.

I myślę sobie, że lubię te niedzielne zatrzymania i nieśpieszne tête-à-tête z czytnikiem Kindle, wcale nie ustępujące intymności obcowania z papierem.

(…) Zimą

Zimą Iwaszkiewicz, latem Iwaszkiewicz, jesienią też Iwaszkiewicz. Ten rok ogłaszam więc rokiem Iwaszkiewicza. Ponurawy to towarzysz, idealny na nocne ulewy i pierwsze wrześniowe katary. Listy i dzienniki pozwalają zanurzyć się w innym czasie, innym życiu, innych codziennych dramacikach. 17-letni Iwaszkiewicz napisał w dzienniku (dręczony katarem), że chyba jednak umrze. Nie umarł. W każym razie jeszcze nie wtedy.

Z kaszlącą Emilką oglądamy serial BBC „Merlin”, płaczę jak bóbr (lub stado bobrów) nad śmiercią dzielnego Lancelota, chociaż wcześniej pokpiwałam z jego teatralnej rycerskości. Opłakuję chyba tę skrajnie idealistyczną postawę, która skazana jest na wielowymiarową porażkę.

Nocą huczy jakaś wściekła ulewa, sen nie chce przyjść, a nadejście poranka nie wydaje się wcale tak oczywiste, jak zazwyczaj. Nad ranem ulewa ustaje, a poranek jednak nadchodzi.

Ucieszyłby pana ten widok

W czasie 25. Finału Wielkiej Orkiestry sypnęło staropolskim przedrozbiorowym śniegiem, o jakim pisał Sienkiewicz. Gruba puszysta warstwa pokryła Warszawę w półtorej godziny, skrzypiała pod stopami i oślepiała bielą. – Tak właśnie powinien wyglądać śnieg – wyjaśniłam Emilce, która w swoim dziesięcioletnim życiu wiele śniegu jeszcze nie widziała. 
Następnego ranka śnieg wciąż miał się dobrze, zamiast zamienić się w rodzaj zaprawy błotno-piaskowej. 

Podczas Finału zebrano przekornie rekordowe miliony – pomimo rządowo-narodowych kampanii, a może właśnie dzięki nim? Taka promocja paradoksalna. Cieszę się, że  w tej konkretnej bitwie zwyciężą chore dzieci i seniorzy. W milionie innych bitew polsko-polskich wszyscy przegrywamy, albo tak to wygląda z pozoru. Być może ten czas wojenny pozwala odkryć, że dawno zdobyte bastiony „oczywistości”, takie jak prawa człowieka czy nawet teoria ewolucji wciąż trzeba zdobywać i głosić na nowo. 

Ostatnio wieczorami grywamy z Emilką w grę karcianą „Ewolucja”, zaciekle walcząc o przetrwanie. Wynik każdej rozgrywki jest niepewny i w tej częściowej nieprzewidywalności tkwi właśnie  piękno natury.

Piątkowe popołudnie i wieczór spędzamy na Nocy Biologów wśród kilku tysięcy wariatów. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy swój wolny czas poświęcają na uczenie innych lub poszerzanie własnych horyzontów? Widząc wypchane po brzegi sale wykładowe i słysząc gimnazjalistów negocjujących z rodzicami późniejszy powrót  („Tato, ja MUSZĘ być jeszcze na tych dwóch wykładach, przyjedź o 22:15!”), pomyślałam, że może jest jeszcze nadzieja dla naszego gatunku. Że są ludzie, którzy chcą się uczyć i poznawać świat, a nie iść po linii najmniejszego oporu intelektualnego. Którzy najpierw chcą WIEDZIEĆ, a potem mieć i konsumować. Ucieszyłby pana ten widok, profesorze Bauman!