Rozpad

Gdyby Alice Munro nie dostała literackiego Nobla w 2013 roku, mój rozwód bolałby znacznie mocniej. Ale (na szczęście) dostała i w listopadzie tamtego roku wpadła mi w ręce jedna z jej książek, zdaje się „Zbyt wiele szczęścia”. I tak wpadłam w dziki ciąg munrowy, przechodząc z jednej książki w drugą i wypatrując chciwie na księgarskich półkach kolejnych przekładów. Emilka wtedy dużo chorowała, ja również, i rzeczywistość była, jak to określiła jedna z munrowych bohaterek, zaledwie odskocznią od literatury. A literatura stała się szczepionką na to, co już wkrótce miało się wydarzyć.

U Munro to kobiety zdradzają i odchodzą. Do sąsiadów z dołu, najbliższych przyjaciół, najgorszych wrogów, tajemniczych nieznajomych, instruktorów amatorskiego teatru. Z kamienną twarzą, niespodziewanie, zostawiając za sobą przeszłość, dzieci, stabilizację i dobrobyt. Odchodzą w ciemność i chłód, a razem z każdym odejściem stopniowo rozpada się stare społeczeństwo, w którym „na zawsze” trwało dość długo, pomimo wszystkich uciążliwości.

Te odejścia raczej przydarzają się, a nie są efektem złej woli czy niefrasobliwości. Trudno tu mieć na poważnie do kogokolwiek pretensję. Po prostu wszystko gnije. Księżniczki zastawiają korony w lombardzie, książęta okazują się żebrakami w złotych pantalonach.

Od czerwca książki Alice leżą na półce, ustępując pola „życiu” i jego fabułom, czasem wzruszającym, czasem wstrząsającym, ale bardzo często – banalnym.

wpid-20150430_1940052.jpg.jpeg