Naprawdę pięknie

Budzę się o 5:48 i, jak zawsze w dzień biegu, wyglądam odruchowo za okno, żeby sprawdzić, czy leje. Nie lało. Chmury nisko, ale bez lania. Dobrze.

Śmiesznie spałam tej nocy, budząc się co godzinę, a potem natychmiast znowu zapadając się w sen. Jak na huśtawce. Sen – jawa – sen – jawa – sen – jawa. Lubię tak.

Poranna kawa przyjemnie czarnogorzka. W żyłach pierwsze krople adrenaliny przedstartowej. Wszystko we mnie jeszcze ziewa, ale już zabiera się do biegu. Tak, pobiegnę dziś daleko, daleko, daleko. I nie chodzi już nawet o ten medal, akurat nie dziś.

Dziś będę biec po prawej, bardziej dzikiej stronie kochanej Wisły. Od mostu do mostu, trochę na północ, trochę na południe, w pobliżu nadwiślańskich plaż i zarośli.

A w domu czeka dwóch niezawodnych rycerzy – Etgar Keret i Lars Christensen, którzy powiedzą, że naprawdę pięknie dziś pobiegłam.

Ciało niebieskie

Matka Boska na moim podwórku rozkłada ręce i patrzy w ziemię (jak zawsze). Wszyscy sąsiedzi, których spotykam na wieczornym spacerze z psem są pijani, albo chociaż wstawieni. W lodówce skończyło się jedzenie, a w łóżku skończył się sen. Starcza go co najwyżej do pierwszej albo drugiej w nocy, a potem koniec – przepraszamy za usterki.

Jutro biegnę znów 10 km, co daje miłe poczucie ciągłości i jakiegoś sensu. Za niecałe trzy tygodnie mam biec 15 km, i to z kolei dale poczucie, że jednak chyba oszalałam, ale w sumie to czemu nie. Chciałabym pobiec aż nad Bałtyk, a potem jeszcze dalej, daleko daleko na północ – może do Norwegii? Jak najdalej od pustej lodówki i zepsutego łóżka, tam gdzie woda jest chłodna, a wiatr jeszcze bardziej przejmujący, niż ten warszawski.

Odsypiam popołudniami, ubrana w dwa swetry i przykryta grubą zimową kapą. We śnie jestem bardzo, bardzo ciężka, jak ciało niebieskie (Księżyc?).

Dziś w tramwaju ustąpiłam miejsca młodemu ojcu z niemowlęciem. To niemowlę spojrzało na mnie w taki niesłychanie intensywny i jednocześnie radosny sposób – czułam się tak, jak bym patrzyła w oczy Boga.

Urojony jetlag

Trzecia nieprzespana noc. To już nie jest zabawne. Już się nie zachwycam śpiewem ptaków o świcie, ani nie wzdycham do pierwszych promieni słońca, tylko chcę wreszcie przespać ustawowe osiem godzin bez przerwy. To jakiś piekielny jetlag, tylko ja przecież znikąd ani donikąd nie leciałam. Raczej.

Dziś ostatni moment na odebranie pakietu startowego na jutrzejszy bieg na 10 km, tymczasem Emilka kaszle jak dusza potępiona (który to raz? który to raz?), nie bardzo mam też ją z kim zostawić. Pies dostał rui i zażera stres prokreacyjny podejrzanymi resztkami z trawników oraz misek kotów podwórkowych.

Ja jem chleb z bryndzą i pomidorem malinowym – kolejny zestaw smakowy z dzieciństwa, który przenosi mnie do wiosenno-letnich śniadań na werandzie w Zalesiu.

Pogoda bawi się wciąż w ciepło-zimno, na zmianę przypiekając ostrym słońcem i przenikając do kości północnym wiatrem. Mam poważne podejrzenia, że ten północny wiatr to bezpośredni skutek nadużywania przeze mnie literatury skandynawskiej. I to nie koniec, bo wczoraj wyjęłam ze skrzynki kolejne dwie powieści Christensena (już nie zapominam jego nazwiska). A wiatr niech sobie wieje, ile chce.

I pobiegnę ten cholerny bieg (ma padać), znowu będę spała w nocy, a że trochę chce mi się płakać, to już inna sprawa.

Anthony Barrow, Despair
Anthony Barrow, Despair