A jednak się kręci

A już myślałam, że nigdy nie będę krzyczeć przez okno „Emiiiilkaaaa, do domu!” – tak jak jedno czy dwa pokolenia matek podwórkowo-trzepakowych dzieci, zdzierających kolana i biegających stadami. Myślałam, że to biedne pokolenie tabletowo-smartfonowo-kablówkowe, skazane na cyfrową nudę – ale jednak nie. Emilka zaczęła znikać na podwórku na długie godziny, pochłaniać tradycyjne papierowe książki i leczyć potłuczone kolana, zupełnie jak „normalne” dziecko. Obok jej łóżka, podobnie jak obok mojego, rośnie stosik książek czekających na swój moment.  I bardzo dobrze.

Przyszły pierwsze upały i ciepłe noce, firanki podrygują niespokojnie nad ranem, a budzik jest nastawiony na 5:55. Nie mam w najbliższym czasie żadnych zawodów biegowych – truchtam sobie niespiesznie na ulubionych trasach, nie ścigając się z nikim, nawet ze sobą.

Kończę pozaczynane książki, odświeżam znajomość z teatrami i rezerwuję bilety na nieprzyzwoitą liczbę seansów w ramach festiwalu filmowego dla dzieci i młodzieży. Zastanawiam się, czy to już naprawdę ten moment, kiedy można zacząć jeść polskie truskawki. Z roku na rok jakby coraz wcześniej…

Cofnąć czas

A jednak przyszło zapowiadane ocieplenie, czuć je wyraźnie, choć o świcie minus jeden. Ale ciepło tkwi w ptasich porannych śpiewach i szarawej zieloności na trawnikach i żywopłotach.

Dużo czytam, dużo myślę i wysyłam wiele wiadomości. Wydłużam treningi biegowe i nasiąkam przedwiosennym deszczem. Obserwuję dziurawy i zdarty obcas w lewym kozaku i stoję przed decyzją: szewc czy może jednak śmietnik. Pewnie jednak szewc.

Kozaki kupione cztery lata temu w galerii handlowej gdzieś na Wschodzie, gdzie z dużym prawdopodobieństwem już więcej się nie pojawię. Co sezon zdzieram obcasy, nadrywam podeszwę,  a potem z pomocą szewca staram się cofnąć czas.

image

Kierunek: wiosna

Skowronki przyleciały trzy tygodnie wcześniej w tym roku, a razem z nimi marznące mżawki i szare chmury sunące po niebie. Wciągnęłam z garderoby parę kaloszy i zielony wełniany szalik. 

Fizycy potwierdzili istnienie fal grawitacyjnych, a ja dostałam 19 czerwonych róż i wypiłam drugi z trzech słoików kompotu z suszu. Kompot miał być na smutne zimowe wieczory, a został wypity w bardzo wesoły wieczór, w który skończyło się w domu całe jedzenie i picie, co zdarza się za każdym razem, gdy Emilka wyjeżdża na wakacje czy ferie.

Przeszłam na autorską dietę składającą się z owoców, jogurtu greckiego, płatków owsianych, pestek, suszonych żurawin, litrów czarnej kawy i potraw kuchni azjatyckiej.

Nocami okupuję bieżnię na pobliskiej siłowni, czując wyraźnie, jak każdy kolejny kilometr przybliża mnie do wiosny.