Wesoły Kraków

Na Dworcu Głównym w Krakowie kupuję sobie gofra. W różnych miejscach Polski kupuję gofry, szukając tego niezapomnianego smaku dzieciństwa, czyli gofrów z baru Iglo przy Nowym Świecie. Bar został zamknięty już dobre kilkanaście lat temu, a razem z nim moje dzieciństwo. Zagubiony smak gofrów jest furtką do powrotów z przedszkola z babcią, podwórkowego dorastania, zbierania drobnych i liczenia, czy starczy na cukier puder, dżem, a może nawet (chociaż bardzo, bardzo rzadko) na hedonistyczny zestaw dżem plus śmietana. Ciekawe, co się stanie, gdy odnajdę ten zagubiony smak? Może będę już mogła umrzeć.

Na razie nie ma obaw – poszukiwania są daremne. Gofr z dworca w Krakowie jest twardawy, smażony na jakimś lekko gorzkim oleju. To nie to, bardzo nie to. Trzeba stąd uciekać. To wcale nie takie łatwe, ponieważ dworzec został pożarty przez galerię handlową o tysiącu głów, łap i ogonów. Nie muszę chyba dodawać, że każde z odnóży składa się z dziesiątek oszklonych pawilonów handlowych. Można tam kupić wszystko, poza goframi z baru Iglo przy Nowym Świecie. Kwiaty, elegancka bielizna, „50 twarzy Greya”. Mam przeczucie, że widok nawet jednej twarzy Greya to dla mnie dziś o wiele, o wiele za dużo. Całe pięćdziesiąt mogłoby mieć skutek śmiertelny. Trzeba stąd uciekać, tylko jak?

W końcu znajduję drogę na zewnątrz. Wychodzę z zupełnie nieoczekiwanej strony, całkiem daleko od dworca i od wszystkiego, co znam. Nagle przeszywa mnie bardzo silny ból. Zwalniam, wstrzymuję oddech i staram się zidentyfikować, co mnie właściwie boli. Typowy humanista – zamiast zastanowić się, jak poczuć się lepiej, najpierw muszę nazwać i opisać moje doświadczenie. Pęcherz? Jajnik? Oj, jak boli. Idę coraz wolniej i wolniej, ciągnąc za sobą walizkę. Dopiero po kilku minutach już wiem, co to jest – to ból porodowy. I ta myśl mnie uspokaja.

Sunę dalej nieznanymi ulicami, a za mną kwiecista walizka. Omijam łukiem Stare Miasto, raz po raz zerkając na smartfonową nawigację. Nazwy ulic nic mi nie mówią, nie wiem gdzie Wawel, a gdzie Wisła, idę tam, gdzie mnie prowadzi mój telefon. Prosto, w lewo, w prawo, znowu w prawo. Na trasie liczącej 3,5 km naliczam 6 sex shopów, co daje dokładnie 1 sexshop na 583 m. Wesoły ten Kraków, nie ma co. Sprawdzam ceny tulipanów i porównuję je z warszawskimi. Odnotowuję pustostany z tabliczkami „do wynajęcia”. Gdzieś po drodze mijam Teatr Stary, ulicę Starowiślną, rynek na Kazimierzu – powinnam chyba znać te miejsca, przecież tu byłam. Ale nie, dziś nie znam tu żadnej ulicy ani żadnego domu.

Okazuje się, że mam nocować na przeciwko nobliwej siedziby Katedry Chorób Wewnętrznych. Mój pokój mieści się na parterze, a w oknach ma kraty. Są w nim dwa łóżka, z czego jedno pod sufitem. Trzeba wejść do niego po wysokiej drabinie. Pokój nazywa się „Las deszczowy”. Łazienka jest na korytarzu. Wyglądam przez zakratowane okno i przez chwilę obserwuję chłopców grających w piłkę nożną. Nic mnie już nie boli.

leon-wyczolkowski-brama-florianska-1906-mob-2012-12-17-530x406
Leon Wyczółkowski – Brama Floriańska

Wszyscy w tym jesteśmy

W poczekalni u chirurga czekamy z tatą na zmianę opatrunku. Opowiadamy sobie dość brutalne dowcipy, starając się trzymać fason, ale tak naprawdę to z mniejszym i większym przygnębieniem obserwujemy innych oczekujących. Okazuje się, że jeśli ma się parę jako tako sprawnych nóg, które pozwolą doczłapać do przychodni, to już jest wspaniale. Jeśli ma się rękę plus minus trzymającą się w zawiasach, to tym lepiej. No i jeśli ma się jakąkolwiek żywą istotę, która jest w stanie towarzyszyć w chorobie. Czytaj dalej

Sprawy ostateczne

Wiem, że śnię, ale nie pamiętam swoich snów.

Świat, jak mówi mój superwizor, „konfrontuje mnie z moimi słabymi punktami”. Tak naprawdę, to czuję się bardzo dobrze. Dojrzewam w bólach.  Powróciły bóle krzyża, doszły zawroty głowy, małe i większe utarczki, które tak naprawdę są kolejnymi bitwami w mojej wojnie o wewnętrzną niepodległość. Jak przypadkiem zapomnę, nad czym mam pracować, to mogę być spokojna – świat na pewno zaraz mi przypomni!

Czytaj dalej