Koniec świata

W środku nocy obudził mnie koniec świata. Grad bił o parapet, firanki tańczyły swój burzowy taniec. Grzmot, grzmot, grzmot. Ale po chwili odpadam w nudny sen nie wiadomo o czym. Gdzieś idę, coś liczę, spadam, nie istnieję. Grzmot, grzmot, grzmot. Rano świat znów na swoim miejscu. Dziś też będzie upał.

Listek na wietrze

Szare niebo coraz bliżej chodnika, ciepłe, nabrzmiałe deszczem i całodniowym upałem. Jesteśmy z psem na najwolniejszym spacerze świata – łapa za łapą, noga za nogą. Pies tropi coś refleksyjnie na trawniku, a ja robię remanent obolałych mięśni.

Gdy wracam do domu, zaczyna na poważnie grzmieć, a firanki drgają unoszone wiatrem. Jestem zbyt zmęczona na zamykanie okien i przewracanie kartek w książce.

Mogę za to mierzyć różne sukienki i litrami robić koktajle truskawkowe.

Czuję się jak listek na burzowym wietrze.

Albert Bierstadt, Passing Storm over the Sierra Nevada (1870)
Albert Bierstadt, Passing Storm over the Sierra Nevada (1870)

Ogień

Wiosna. Znów czytam „Siedząc w ogniu” (książka Arnolda Mindella o pracy z konfliktem). Kampania prezydencka skwierczy wokół, a ja wciąż na nowo odkrywam, o ile łatwiej mi tolerować odmienność, która jest „gdzieś tam” niż tą „tu i teraz”. A tak, nawet nie wiem kiedy, ląduję na barykadzie, odpalam armaty i krzyczę „ZABIJ WROGA!”.

Dziś nad Warszawą przeszła majowa burza, a Emilka spytała: „Mamo, dlaczego Potter jest chory?” Ja na to: „Nie chory, tylko Harry”. Emilka: „Więc czemu Potter jest Harry?”. No właśnie. Czemu?