Piesenka

Siedzisz sobie na przystanku
I niewiele dzieje się
Myślisz o tym, lub o tamtym
Tylko nie o małym psie

Ale życie, jak to życie
Czasem tak to właśnie jest
Że choć ty o psie nie myślisz
To o tobie myśli pies

Nie wie tego twoja głowa
Ale serce dobrze wie
To nie ty przygarniesz psa
Ale on przygarnie cię

I w te ciemne złe poranki
Gdy tak trudno z łóżka wstać
Wstaniesz jednak, klnąc pod nosem
Znowu spacer, … mać

Czy istnieje w świecie miłość
Teraz dobrze wiem już ja
Mieszka tam gdzie wyłupiaste
Zezowate oczy psa

Krzywe łapy, żółte zęby
Rodowodu raczej brak
Lecz jednego jesteś pewny
Nikt cię nie pokocha tak

Czasem życie to nie bajka
Kto to lepiej wie niż ty
Tak naprawdę to komplement
Gdy się mówi „zszedł na psy”

I przychodzi taki moment
Co z tym człowiek zrobić ma
Że niestety to już koniec
I pożegnać trzeba psa

Tu nie każdy cię zrozumie
Mówią: to był tylko pies
Jednak ty wyraźnie czujesz
Że umiera twoja część

Rytuały uzdrawiające

Smak syropu Pini przenosi mnie ćwierć wieku wstecz  (powiązane wspomnienia: żółte tabletki rutiniscorbinu, polopiryna rozpuszczana w łyżce wody, wapno musujące w szklance wody, ale bez dodatków smakowych typu cytryna czy pomarańcza). I jeszcze więcej: lekarska wizyta domowa, dotyk gorącego szkła na plecach (bańki), dziadek zrywający młode pędy sosny na syrop, babcia krojąca cebulę i zasypująca ją cukrem – też na syrop. Szklany termometr, który trzeba było trzymać pod pachą cały kwadrans. Maść tygrysia w małym, okrągłym pojemniczku  (wierzyłam, że robi się ją z jadu żmiji). Babcia kładąca wilgotne ręczniki na grzejnikach, żeby powietrze było nawilżone. Na drapiące gardło pyszny chlorchinaldin, którego nie wolno było rozgryzać, a ja zawsze rozgryzałam.  Zimne okłady na czole przy wysokiej gorączce. Takie były rytuały uzdrawiające mojego dzieciństwa.

(…) (Przyduszona katarem…)

Przyduszona katarem patrzę tępo w monitor. Mylę środy z poniedziałkami, gubię adresy i staram się nie dać opanować chłodnym myślom, ani porywistym wiatrom.

Wykreślam kolejne terminy z kalendarza, zostawiając to, co najważniejsze: pośpieszne spacery z psem, zakup minibagietek rustykalnych, tkwienie w fotelu i zbyt szybkie zapadnie w sen. A sen zagrania jak czarna dziura, albo beczka wypełniona smołą. Kto snuje w mojej głowie te senne przepychanki i trywialne historie zimowe?

To czas, w którym otwieram słoiki z konfiturami, będącymi jedynym dowodem na istnienie lata.