(…)

Zasypiam na fotelu zwinięta w kształt małej litery „z” (łydki to daszek, kręgosłup to podstawa, a złożone uda to ukośna kreska łącząca jedno z drugim). Ostatnie dźwięki, jakie słyszę, to huk upadającej książki, którą strąciłam łokciem, szelest wiatru w koronach drzew i odgłosy bawiących się dzieci  („Kto ostatni ten gej, gej, gej, gej”). A potem nagła cisza. Ostatnie uczucie – ciepło od koca otulającego nogi. Ale po chwili ciepło też odchodzi. Sen jest gęsty i czarny. Wielka cisza, z której się nie wychodzi, tylko wypełza. I ma się wtedy otarte kolana i brud na policzkach.

Cichość

Jak ja lubię te ciche pierwsze stycznia, gdy na porannym spacerze nie spotykam nikogo, nawet wron poszukujących skarbów w śmietnikach. A potem stygnąca kawa i leniwe przechadzki po internecie. Cisza, cisza, jaka piękna cisza. Po tej wściekłej kanonadzie fajerwerków i rac, tłuczonych butelek i okrzyków, wreszcie cisza! Tak właśnie lubię wsłuchiwać się w pierwsze kroki Nowego Roku.

Odkąd mieszkam sama z córką, wróciły do mnie sny. Przetaczają się co noc jak deszczowe chmury, pchane silnym północnym wiatrem. Dziś śniła mi się jakaś impreza na ulicy, na którą przyszły wszystkie te osoby, których naprawdę nie chciałam poznawać ani oglądać. Wręczono mi kartkę z adresem, którego szukałam jeszcze niedawno. Teraz wszystko było na wyciągnięcie ręki. A ja stałam gdzieś z boku, nie wiedząc co robić, aż wszyscy się rozeszli. Kartkę z adresem wyrzuciłam do kałuży, patrząc jak brudna woda zmywa litery i cyfry.

Tak, Sylwester minął bez euforii. Wokół trwała zabawa, a mnie odwiedzały duchy ostatnich tygodni, miesięcy, a nawet lat.

A potem gdzieś zapodział się mróz, chmury dotknęły chodników i parę minut po północy zaczęło padać i padać i padać. Przed wejściem na osiedle zebrała się grupa sąsiadów otulonych w płaszcze. Na stoliku leżały zmoczone resztki czipsów, kilka balonów i zużytych plastikowych kubeczków na szampana. Dzieci i dorośli stali z rękami w kieszeniach i zakłopotaniem na twarzach. Jakby chcieli zapytać, czy nowy rok już naprawdę przyszedł i czy to tylko tyle?

Irma Haselberger
Irma Haselberger
William Francis Longstaff, The Rearguard
William Francis Longstaff, The Rearguard

Powroty

Wracam do Warszawy po 3 tygodniach i nie mogę się przyzwyczaić do tego hałasu. Wczorajszej nocy świętowanie weekendu na ulicy trwało chyba do 3 nad ranem. A ja przywykłam, że nocną ciszę zakłócają co najwyżej świerszcze i pohukujące sowy… Czytaj dalej