Nie ma już na co oczekiwać

Niedzielne zawieszenie, polegające na obserwowaniu promieni słonecznych prześwitujących między pędzącymi chmurami i odbijających się w licznych kałużach. To światło nie daje jeszcze ciepła, ale jest wyraźnym sygnałem dla ptaków i przebiśniegów. I dla mnie.

Na śniadanie kroję w plastry zielony ogórek, przypominając sobie dawne oczekiwanie na pierwsze ogórki i pierwsze pomidory. Teraz już nie ma na co oczekiwać, zawsze na świecie w jakimś miejscu dojrzewają ogórki i można je przywieźć w rejony, gdzie kiedyś w październiku śpiewało się „Adio pomidory”. Trochę mi żal tego utraconego oczekiwania, ale nie aż tak, żeby z lutowych ogórków zrezygnować.

Z roku na rok coraz wcześniej pojawiają się stoiska z tulipanami i trudno je jakoś bezpośrednio powiązać z wiosną. Niemniej jednak cieszą oko głębokie czerwienie, fiolety, żółcie, zielenie na tle szarych chodników i szarych chmur.

W niedzielę puls mi zwalnia, stawiam też krótsze kroki i nie biegnę, by zdążyć na ostatnie sekundy migającego zielonego światła na przejściu dla pieszych.

Nocne i poranne deszcze zostawiają po sobie rozległe kałuże i błotniste przestrzenie, w których widać skrawki szarego nieba. Wilgoć przenika przez wszystkie warstwy ubrania, trafia nawet do wnętrza czarnych kaloszy. Tym bardziej cieszą momenty spędzone tam, gdzie jest sucho i ciepło.

(…) (Deszcz pada…)

Deszcz pada naprzemiennie z lekkim śniegiem. Zakładam kalosze do kożcha,  a wieczorem zasypiam kilkanaście sekund po przyłożeniu głowy do poduszki. Śni mi się czarna kulka niezwykle ciężkiej materii i to jest koszmar. Innej nocy jestem asystentką początkującego przedsiębiorcy.

Wieczorami słuchamy z Emilką w nieskończoność tej samej opowieści o pilocie Pirxie, za każdym razem zapadając w sen po kilku minutach i obiecując sobie, że jutro będzie inaczej.

Książki leżą opuszczone przy łóżku, czekając na łaskawszy czas. Bo teraz najważniejszy jest sen.

Deszcze niespokojne

Pigwowiec, mango,  granaty, tarnina, żurawina, aronia, gruszki, gruszki, gruszki. Listopadowy bazar błyszczy w ulewnym deszczu. Mokną warkocze czosnku i nawleczone na nitkę suszone grzyby. Krople dzwonią o blaszane dachy straganów. Niebo opada coraz niżej i niżej.

A u mnie jak zwykle porządek walczy z chaosem. Papiery giną i odnajdują się. Konfitury z mango bulgoczą w garnku przez trzy wieczory, a czwartego dnia lądują w słoikach. Słoje na nalewki zapełniają się. Kuchenny pająk krzyżak snuje swoje sieci pod sufitem.

Rozpoczęte książki czekają na pierwszy od wielu dni wolny wieczór.