Adwent

Grudzień przyniósł najpiękniejsze w tym roku zachody słońca, rozpalające całe niebo czerwienią i fioletem. Szczęśliwi ci, którzy mają w okolicach 16 jakieś sprawy na mieście i mogą obserwować ten spektakl. Płonie Mordor, płoną Włochy, Bemowo, Żoliborz, by po kilkunastu minutach pogrążyć się w głębokim fiolecie, przechodzącym w czerń.

A po domu rozpełza się świąteczność – czerwone świece, gwiazdy betlejemskie, stroiki wyciągnięte z samego dna pudła z ozdobami na choinkę. No i moja piękna choinka kupiona rok temu na Grouponie  (model jodła classic), pulsujące grouponowe lampki ledowe i ozdoby, z których niektóre mają już prawie 30 lat.

Sprzątam szafki, układam papiery, ale chaos i tak zawsze znajduje własne ścieżki, mrugając do mnie kpiąco. Domowy pająk krzyżak przeniósł się z kuchennego okna na sufit w salonie i snuje swoje sieci w rytm soulowych przeróbek kolęd płynących z bezprzewodowego głośnika. 

Ostatnie tygodnie zimowej drzemki

Emilka choruje, ja gotuję garnkami zupę pomidorową, nie robię makijażu i spóźniam się haniebnie ze spisywaniem wywiadów. Codzienny rytuał usuwania soli z czarnych kozaków, kolejne rozdziały biografii Tove Jansson i niejasne marzenia o tym, co to będzie, jak śnieg ostatecznie stopnieje…
Nocami śnią mi się rzeczoznawcy, aktywa i pasywa.

wpid-city-snow-fall-laurie-golden.jpg

wpid-20150209_091345.jpg

wpid-city-snow-melts-mindy-newman.jpg

Wesołego Dyngusa

Leje. Podtopiło Biedronkę na Nowym Świecie. Deszcz wypłukał kolejki z Kredensu. Emilkę dopadło przeziębienie i wszystkie plany wyjazdowe wzięły w łeb. A ile było zastanawiania się, kto, kiedy i gdzie ją zawiezie, a potem przywiezie z powrotem…

A ja się szczególnie nie martwię. Przez najbliższe kilka dni zamierzam odżywiać się kluskami z makiem i kompotem z suszu, czytać książki i poić dziecko syropami w różnych kolorach. Nie to, żebym wierzyła szczególnie w ich działanie. Najlepszym lekarzem jest czas, sen, bezruch. I to nie tylko na przeziębienia.

Cieszą również przedświąteczne porządki w szafach i szufladach, wyprane zasłony i wyprasowane obrusy. Nie piekę ciasta, bo potem bym musiała je przecież jeść. Będzie to, co lubię, czyli kapusta, kluski, kompot. Dużo wspomnień z minionych świąt – jak kot polował na bombki i je hurtowo tłukł, jak babcia przewróciła się na choinkę, jak na wyjątkowo ponure święta w 2001 kupowałam gotowe pierogi w delikatesach Społem na Nowym Świecie. Jak druga babcia zamiast choinki udekorowała kaktusa czerwonymi ozdobami. Ciasteczka z przepisu z Kuchni polskiej, która ledwo się trzyma okładek ze starości. Przypalone serniki i keksy (dlaczego nie pamiętam tych udanych?). Tak, uwielbiam te wszystkie niedoskonałe potrawy, które są za mało lub zbyt słone, zbyt długo lub zbyt krótko pieczone. I przez to idealne, niezapomniane.

W tym roku bez wyrzutów sumienia korzystam z udogodnień współczesności. Zakupy robię w internetowych delikatesach z dostawą do domu. Choinkę i lampki zamawiam na Grouponie (choinka przychodzi na czas i jest najpiękniejszą choinką w historii). Prezenty ograniczam do minimum.

Najwięcej prezentów dostaje dom – nową kanapę do gabinetu i wieszak na płaszcze dla gości do przedpokoju.